wtorek, 16 sierpnia 2016

[NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.3/17]




ROZDZIAŁ I

CZĘŚĆ III

OBRZYDLIWA TUNIA


Dumbledore tymczasem już wyraźnie zmęczony tym, że bez przerwy mu przerywano — a przynajmniej na tyle, żeby się nie złościć — westchnął jedynie cicho i chyba po raz setny tego dnia powrócił do odczytywania rozdziału.

Kiedy wjechał na podjazd przed numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył — i wcale mu to nie popra­wiło nastroju — był bury kot, którego spostrzegł dzisiaj rano. Teraz kot siedział na murku otaczającym ich ogród. Był pewny, że to ten sam kot, bo miał takie same ciemniej­sze obwódki wokół oczu. 

Siooo! — krzyknął pan Dursley. 

Syriusz parsknął, a potem roześmiał się głośno, dodatkowo sprowokowany przez McGonagall, która posłała mu jedno ze swoich najbardziej zabójczych spojrzeń. Niestety wizja mugola, przeganiającego profesorkę w jej kociej postaci, brutalnie zmiażdżyła autorytet kobiety, całkowicie go przy tym rozbrajając. Jakby na domiar złego wkrótce dołączył do niego ubawiony James i nawet Remus w pewnym momencie zaczął cicho parskać, nie potrafiąc wygrać wewnętrznej bitwy z własną wesołością. Dotknięta do żywego Minerva wprawdzie nic nie zrobiła, jednak jej mina sugerowała, że gdy tylko to wszystko się skończy, z przyjemnością przerobi swoich byłych wychowanków na koci żwirek do kuwety pani Noris. A przynajmniej tak jej wyraz twarzy sklasyfikował Severus, w duchu także „podśmiewując się” z kobiety, lecz według niego w bardziej wyrafinowany i dystyngowany sposób. Nieważne jakby to usprawiedliwiał, tak czy inaczej fakt pozostawał faktem — Snape bez wątpienia był w tym momencie rozbawiony, chociaż sam przed sobą starał się to definiować jako „satysfakcję”, a nie zwykłą wesołość. Nigdy w życiu bowiem by się nie przyznał, że ma jakiekolwiek poczucie humoru, o zaśmianiu się na głos już nie wspominając.

Albus także się uśmiechnął, lecz zrobił to na tyle skrycie, by nie narazić się na gniew Minervy, którego swoją drogą nie zniósłby. Nauczycielka czasem naprawdę zachowywała się tak, jak sugerowała to jej animagiczna postać, a już zwłaszcza, kiedy była na kogoś wściekła. Chwilami Dumbledore zastanawiał się nawet, kiedy rzuci się na kogoś z pazurami, zapominając o tym, iż aktualnie jest człowiekiem. Według niego znalazłaby się chociaż jedna taka sytuacja, w której była tego nader bliska.

Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym spoj­rzeniem. Czy tak się zachowują normalne koty? Pan Durs­ley wzdrygnął się i wszedł do domu. Nadal nie zamierzał wspominać o tym wszystkim żonie. 

Śmiech Syriusza tylko się wzmógł, podczas gdy irytacja McGonagall zbliżała się niebezpiecznie do poziomu krytycznego. Severus zaczął odliczać sekundy do wybuchu, który niewątpliwie miał niedługo nadejść.

— Syriuszu! — syknęła Lily, robiąc przy tym wściekłą minę.

„Albo i nie...” — stwierdził w myślach Snape, gdy zobaczył, że była panna Evans zamierza właśnie dać Blackowi reprymendę.

— Ekhm...

Śmiech ucichł i wszyscy spojrzeli nieco zdziwieni, ale także zaciekawieni na starego dyrektora, który uśmiechał się do nich tak, jakby zobaczył całą masę przedszkolaków ubabranych tortem. Ani Minervie, ani Severusowi nie spodobał się ten wyraz twarzy. Lily doszła do wniosku, że Albus jest doprawdy szalony, skoro tak na nich patrzy, a Remus westchnął ciężko, zanim trzepnął Syriusza w ramię, by przywrócić go do porządku, gdyż nadal cicho chichotał i parskał, najwyraźniej nie mogąc przestać się śmiać. James na szczęście był bardziej ogarnięty i pohamował się kilka chwil wcześniej — na niego morderczy wzrok McGonagall nadal jeszcze działał, chociaż już nie tak skutecznie jak kiedyś.

— Dziękuję... — Po tym oświadczeniu Dumbledore przeniósł wzrok na książkę, by kontynuować. — Pani Dursley spędziła normalny, całkiem miły dzień. Podczas obiadu opowiedziała mu o problemach, jakie ma sąsiadka ze swoją córką, i o tym, że Dudley nauczył się nowego słowa („nie chcę!”).  

Zarówno James, jak i Lily w tym momencie wywrócili oczami, sygnalizując w ten sposób, co myślą o metodach wychowawczych państwa Dursley. Rudowłosa czarownica dodatkowo musiała powstrzymać się przed skomentowaniem tego na głos w jakiś nie do końca miły sposób. Odkąd tylko zaczęli czytać tę książkę, jej dotychczas pacyfistyczny stosunek do Petunii zaczął się stopniowo zmieniać, by w tym momencie osiągnąć poziom „delikatnej antypatii zakrapianej awersją”. Świadomość faktu, że prawdopodobnie to ona będzie wychowywać Harry'ego tylko potęgowała ten efekt, a także gniew i niechęć, które już wcześniej czuła w stosunku do swojej starszej siostry. Nie wiedzieć czemu miała wręcz pewność co do tego, że jej synek nie będzie mógł liczyć na żadne względy, podczas gdy Dudley wyrośnie na rozpieszczonego bachora przez to, że jego rodzice podarują mu wszystko, co tylko zechce. (BN: Mogłaby zostać wieszczką!)

Pan Dursley starał się zachowy­wać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować Dudleya do łóżeczka, wszedł do saloniku i zdążył na koniec dziennika wieczornego.

Prychnięcie od strony Syriusza wyraźnie sugerowało, co sądził na temat domniemanej normalności Vernona, czyli bądź co bądź jej braku. Severus niechętnie zgodził się z nim w tej sprawie, najwyraźniej do spółki z Potterami nie pochwalając sposobu, w jaki Dudley Dursley był wychowywany. On jednak nie miał tak trywialnych pobudek, jak duma rodzica, czy strach o przyszłość własnego dziecka. Nie, on po prostu nie znosił niewychowanych bachorów, do których Dudley niewątpliwie się zaliczał. Minerva zresztą miała podobne zdanie.

I ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków dono­szą o bardzo dziwnym zachowaniu krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach od samego rana. Specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. — Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. — To bardzo tajemnicza sprawa. A teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej nocy zanosi się na jakiś deszcz sów? 

No cóż, Ted — odpowiedział facet od pogody — nie bardzo się na tym znam, ale wiem, że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie. Dzwonili do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej zaczęli ob­chodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przy­szłym tygodniu! Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało. 

— Czy to nie czasem pan Tonks? — spytał ciekawie Remus, zerkając na Dumbledore’a, który ze śmiechem potwierdził, podczas gdy McGonagall gotowała się ze złości. Kobieta najwyraźniej nie była zadowolona z tego, że dyrektor przemilczał sprawę sów i meteorytów spadających w biały dzień na oczach tak wielu mugoli.

— Albusie! Nie czas teraz na uprzejme pogawędki! — zakrzyknęła oburzona Minerva. — Sam widzisz, co się dzieje! Czarodzieje są o krok od ujawnienia, a raczej będą, jeżeli to, co jest zapisane w tej książce okaże się prawdą! I dlaczego? Ponieważ Sam-Wiesz-Kto zniknął?! Nikt nawet nie wie, czy na pewno tak się stało! Doprawdy! — sapnęła — Wątpię, aby tak potężny czarnoksiężnik mógł zwyczajnie zniknąć z powierzchni ziemi. — Zgromiła wzrokiem swojego rozmówcę, gdy tylko otworzył usta, by coś powiedzieć, skutecznie powstrzymując w ten sposób starego czarodzieja przed dodaniem czegoś od siebie. — I nie próbuj ich nawet usprawiedliwiać! Gdyby mugole się o nas dowiedzieli... o nie, nie, nie. Nie chcę nawet myśleć o tym, do czego mogłoby dojść!

— Ależ droga Minervo, naprawdę myślisz, że pochwalam takie zachowanie? — spytał delikatnie Albus nad wyraz spokojnym głosem, czym sprawił, że profesorka na chwilę zwątpiła w swe oskarżenie. — Także nie podoba mi się to, co robią czarodzieje, ale jak sama wspomniałaś, nie musi to być ani uzasadnione, ani pewne. Nadal nie wiemy, jaki wpływ na naszą rzeczywistość ma fakt odczytywania treści tej książki, więc sądzę, że póki co nie powinniśmy zbytnio przejmować się opisywaną w niej przyszłością.

Kobieta zapowietrzyła się na chwilę, hamując gniew, po czym zacisnęła usta w wąską linię i zamilkła. Tak, to, co mówił dyrektor brzmiało sensownie. Jako była posiadaczka Zmieniacza Czasu wiedziała, jakie konsekwencje może mieć ich ingerencja, ale mimo to obawiała się, że jeżeli czegoś nie zrobią, to wszystko się spełni. A ona bynajmniej wcale nie chciała nagle znaleźć się w świecie, w którym toczą niekończącą się wojnę z mugolami o dominację. Albus jednak nie obawiał się tego, a był znacznie potężniejszy i bardziej doświadczony. W swoim życiu widział tak wiele, że jakoś trudno było jej uwierzyć w to, że nie rozumiał sytuacji. Ba! Pewnie rozumiał ją znacznie lepiej niż ktokolwiek i dlatego nic nie robił. Chociaż znając Albusa, z palącym uczuciem wstydu wątpiła w ten jego spokój. Nie raz przecież bywał zdenerwowany albo zmartwiony, musiał być, mimo iż rzadko kiedy widziała go w takim stanie. Aktorstwo byłoby w tym momencie idealną odpowiedzią, jednak... czy naprawdę potrafiła uwierzyć w to, że w obliczu tak koszmarnej wizji przyszłości oszukiwałby ich? Czy byłby zdolny do czegoś takiego, nawet gdyby mogło to oznaczać ich ewentualną śmierć? Minerva znała go już dość długo i nigdy nie posądziłaby dyrektora o coś podobnego, ale... wątpliwość pozostała.

Severus natomiast nie miał takich problemów. Jako były Śmierciożerca i ślizgon z krwi i kości potrafił doszukać się kłamstwa nawet w najlepszej masce i teraz nie było inaczej. Zauważył, że pomimo zewnętrznego spokoju Dumbledore odczuwał strach. Martwił się o przyszłość zapisaną na kartach tej książki, a mimo to nie skłamał. Najwyraźniej bezgranicznie wierzył w to, co powiedział, albo przynajmniej wierzył, że istnieje taka możliwość na tyle, aby przekonać chociaż część siebie, że to prawda. Snape niestety nie mógł temu zaprzeczyć, chociaż bardzo chciałby zniszczyć tę ulotną nadzieję. Nie należał wszak do ludzi, którzy oszukiwali samych siebie tylko po to, by poczuć się lepiej. Tym razem jednak odpuścił. Wszyscy potrzebowali siły, a cóż innego mogło im ją dać, jeżeli nie nadzieja? Nie mówiąc już o tym, że Albus niewątpliwie miał rację.

Sam fakt, że ta książka pojawiła się w ich czasach, mógł zmienić przyszłość, ale niekoniecznie sam przedmiot. Jeżeli owy przyjaciel naprawdę wiedział, co robi, dając im możliwość zajrzenia do niej, musiał wcześniej zabezpieczyć księgę przed ewentualnymi zmianami, jakie zapoczątkowała. Gdyby tego nie zrobił, nie tylko Severus uznałby go za kompletnego idiotę, ale także oznaczałoby to, że ich tak zwany „przyjaciel” skazał ich na odczytywanie księgi, która zmieniałaby treść w czasie rzeczywistym, a to niewątpliwie mijałoby się z celem. I jakkolwiek Snape nie ufał do końca umiejętnościom nieznajomego, potrafił dopuścić do siebie myśl, że jednak nie mieli do czynienia z fuszerką jakiegoś niekompetentnego kretyna. Chociaż znając złośliwość losu, nie mógł do końca wykluczyć, że tak właśnie było.

— Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy... — zaczął raźnie Albus, uważnie obserwując wszystkich w pomieszczeniu. Nikt nie odważył się odezwać, ani nawet krótko zaprzeczyć, dlatego też nie zwlekając już dłużej, ponownie zagłębił się w słowa powieści. — Pan Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o Potterach... 

James wzdrygnął się i skrzywił delikatnie, po czym zerknął na swoją żonę. Czy naprawdę mogło im się coś stać? Czy mogli... zginąć? Nie... to niemożliwe. Nie chciał nawet myśleć o takiej możliwości. Może i Voldemort polował na nich i musieli się ukrywać, jednak nigdy... nawet w najśmielszych snach nie pomyślałby, że mogliby zginąć podczas próby pozbycia się go. To, że był potężny, jeszcze niczego nie przesądzało! Voldemort to taki sam czarodziej jak on, czy Syriusz, więc ma dokładnie takie same słabości. Pokonanie go z pewnością przysporzyłoby wielu trudności, ale żeby od razu mieli przypłacić to życiem? Niedorzeczność. Tyle czasu jeszcze przed nimi, tyle szczęśliwych chwil i wspomnień. Nie mogli zginąć ot tak. Byli Potterami! A przynajmniej on i Harry byli. (BN: Cóż za szowinistyczne stwierdzenie!) Co zaś tyczyło się Lily... kochał ją i ufał jej. Wiedział, że oboje razem są potężni, a do tego tak samo uparci. Nie ugięliby się pod żadnym ciężarem. Nie przegraliby, dlatego też miał pewność, że cokolwiek by się nie działo, przetrwają tę cholerną wojnę i razem z Harrym wkroczą w nową przyszłość.

Do saloniku weszła pani Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Nie, tak nie można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo. 

Eee... Petunio, kochanie... nie miałaś ostatnio wia­domości od swojej siostry?

Jak się spodziewał, pani Dursley spojrzała na niego wzro­kiem zdumionego bazyliszka. Zwykle udawali, że nie ma siostry. 

Lily szybko powstrzymała jakąkolwiek reakcję, kierując ostry wzrok na swojego męża, który już otworzył usta i właśnie miał się oburzyć, ale zrezygnował z tego, gdy zobaczył koniuszek różdżki wycelowany w swoją stronę. Syriusz natomiast profilaktycznie udawał, że niczego złego nie usłyszał. Tak naprawdę jednak robił to tylko dlatego, iż czuł na sobie ostry wzrok Lupina, przez który z trudem opanował wzdrygnięcie. Nie mógł przecież dać po sobie poznać, że trochę obawiał się o własną skórę. Nikt o zdrowych zmysłach bowiem nie chciałby mieć do czynienia ze wściekłym wilkołakiem, nawet jeżeli był nim zwykle miły, uprzejmy i potulny Remus Lupin. Remus, który najwyraźniej postanowił połączyć siły z Lily w celu uciszania ich, co z kolei musiało znaczyć, że mieli ich już serdecznie dosyć. A skoro tak, to lepiej ich bardziej nie denerwować.

Zgodnie z tą logiką Syriusz uśmiechnął się delikatnie, wzruszył ramionami i oparł wygodnie o oparcie fotela. Nie chciał przecież później leżeć na ziemi, jęcząc z bólu, a to właśnie by robił, gdyby wyprowadził tych dwoje z równowagi i sprowadził na siebie ich gniew.

Dumbledore tymczasem zdawał się niczego nie zauważyć, gdyż spokojnie kontynuował. Chociaż i tak każdy wiedział, że było inaczej.

Nie — odpowiedziała ostrym tonem. — Dlaczego pytasz? 

Dziwne rzeczy były w dzienniku — wymamrotał pan Dursley. — Sowy... spadające gwiazdy... a w mieście widziałem mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi... 

No i co? — warknęła pani Dursley. 

Severus uśmiechnął się paskudnie. No tak, stara dobra Tunia. Tak samo pokraczna i do bólu nieczarująca jak kiedyś. Snape pokusiłby się nawet o stwierdzenie, że wcale się nie zmieniła, gdyby nie wiedział, iż z pewnością stała się jeszcze gorsza.

Cóż, tak sobie pomyślałem... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz... jej towarzystwem.
 
McGonagall prychnęła niczym rozjuszona kotka, którą niewątpliwie była. Chyba nadal nie przebolała faktu, że dla tych mugoli jest jedynie „złym towarzystwem”, demoralizującym normalnych ludzi, co Albus skwitował jedynie cmoknięciem. Chociaż równie dobrze mógł dyskretnie uraczyć się dropsem i to stąd ta reakcja.

Pani Dursley wessała łyk herbaty przez zaciśnięte wargi. Pan Dursley zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że słyszał nazwisko „Potter”. Uznał, że byłoby to zbyt śmiałe posu­nięcie. Zamiast tego powiedział, siląc się na obojętność: 

Ich syn... musi być teraz w wieku Dudleya, prawda?  

Tak przypuszczam — odpowiedziała sucho pani Dursley. 

— Tak to z pewnością Petunia. — mruknęła Lily z gorzkim uśmiechem na ustach. 

Zaraz, jak on ma na imię? Howard, tak? 

Harry. Obrzydliwe, pospolite imię. 

W tym momencie coś głośno chrupnęło i zwróciło uwagę wszystkich. Okazało się, że to tylko James ze złością kopnął piętą w nogę swojego fotela, siląc się na względny spokój. Lily uśmiechnęła się delikatnie z tego powodu, dumna, że udało mu się pohamować, odsuwając przy tym na bok własną złość. Im obojgu podobało się imię, jakie wybrali dla dziecka i nic, a już zwłaszcza gderanie Petunii nie sprawi, że zmienią zdanie na ten temat. Nie znaczy to jednak, że ich ono nie denerwowało, co swoją drogą było nieco upokarzające. Byli wściekli na Petunię, ale starali się powstrzymać i nie reagować na prowokację jej wyobrażenia z książki. Jakkolwiek by to nie brzmiało, cały czas dawali się podpuszczać. Dlatego też nadszedł już chyba najwyższy czas, by uświadomić sobie, że tak naprawdę Tunia znajdowała się daleko stąd, a księga wcale nie starała się ich celowo wytrącić z równowagi i zacząć ignorować każdą obelgę pod swoim adresem.

Och, tak... — mruknął pan Dursley, a serce w nim zamarło. — Tak, zgadzam się z tobą całkowicie.

— Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominał. Kiedy pani Dursley zamknęła się w łazience, pan Dursley podkradł się do okna sypialni i zerknął na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. — W tym momencie Albus zerknął przelotnie na Minervę, która widząc to, prychnęła cicho. Najwyraźniej oboje już wiedzieli, na czyją prośbę obserwowała rodzinę Dursleyów. — Wpatrywał się w Privet Drive, jakby na coś czekał. Czyżby miał halucynacje? I czy może to mieć coś wspól­nego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało, że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniósł. 

Ktoś sarknął z niesmakiem i prawdopodobnie tym kimś był Severus, jednak Lily nie mogła być tego pewna, ponieważ od jakiegoś czasu bardziej skupiała się na własnych myślach i słuchaniu, niż na innych osobach znajdujących się w salonie. To, co do tej pory wywnioskowała, nie podobało jej się, jednak nie mogła nic z tym zrobić w tej chwili. Ale jeżeli — obiecała sobie — jeżeli dostanie kiedyś szansę, by zmienić tę chorą przyszłość, zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji.

~***~
W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część czwarta — Cytrynowe dropsy

2 komentarze:

  1. Ten rozdział wprawił mnie w niepohamowaną wesołość, dlatego z góry przepraszam za to, co odwalę w tym komentarzu.
    Po pierwsze, dlaczego odnoszę wrażenie, że dyrektorowi niedługo skończy się jego święta, zakrapiana cukrem cierpliwość i zacznie się wydzierać na każdego, kto ośmieli się mu przerwać :D?
    Po drugie, doszłam do zdania, w którym Albus twierdzi, że Minerva czasami zachowywała się tak, jak sugerowała to jej ani magiczna postać. Wybacz, ale przed oczami stanęła mi podstarzała czarownica polująca na ptaszki, obdrapująca fotele w pokoju nauczycielskim i wściekle sycząca pod prysznicem. No i musiałam sobie zrobić dłuższą przerwę od czytania, żeby jakoś opanować własne rżenie :)
    Po trzecie, nie Twoje słowa, ale jednak. „Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym spojrzeniem. Czy tak zachowują się normalnego koty?” Tak, jak najbardziej :D
    No dobrze, teraz na poważnie. „Świadomość faktu, ze to prawdopodobnie ona [Petunia] będzie wychowywać Harry’ego(…)” Skąd Lily miała tę świadomość? Nie wiem, może coś mi umknęło w poprzednich rozdziałach, ale w którym momencie dziewczyna dowiedziała się, że jej syna będzie wychowywać jej siostra?
    Z pozytywów, naprawdę podoba mi się to, że jako narrator, zaczynasz „wchodzić do głów” bohaterów. Nie tylko ślepo podajesz nam informacje, ale również pokazujesz punkty widzenia poszczególnych postaci. No i, ale to już tak zupełnie subiektywnie, przemawia do mnie to, jak kreujesz Severusa. To inteligentny facet jest i w Twoim opowiadaniu to widać.
    Błędów nie znalazłam, jedynie drobne przeoczenie z Twojej strony. Raz zapomniałaś słowa bety zaznaczyć na zielono, ale to szczegół :)
    Czekająca niecierpliwie na kolejny rozdział (ten tytuł!),
    Intro
    PS: Wręcz żałuję, że do czytania nie został zaproszony Peter. Wiem, że to by wpłynęło na przyszłość, ale obserwowanie jego reakcji byłoby niezwykle interesujące. A może on sam podjąłby inne decyzje, gdyby zobaczył konsekwencje swoich czynów? Brakuje mi bardzo opowiadania, w którym Pettigrew nie byłby jedynie szczurzą postacią bez głębi, a również, o ironio, człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. *umarła ze śmiechu przy czytaniu o wyobrażeniach Intro na temat Minervy*
    2.Lily wspomina o tym, że skoro książka jest o Harrym Potterze a zaczyna się od Privet Drive, to coś jest na rzeczy. Nie pamiętam dokładnie, w którym rozdziale, ale mówi o tym Syriuszowi.
    3. Niektórym ludziom nie podoba się właśnie, że wchodzę bohaterom do głów. Jedna osoba napisała mi komentarz, że "za bardzo opisuję przemyślenia bohaterów". Cóż. Na nieszczęście tej osoby po prostu nie potrafię się powstrzymać xD
    4. Achhh, Sevek jest inteligentny, złośliwy i delikatnie zgniły od środka, ale kochany. Lubię "używać go" do komentowania zachowań innych bohaterów. To takie zabawne :)
    5. IDĘ CIĘ ZAZIELENIĆ MA CNA BETO! Gdyż albowiem w tym borze zielonym nie możemy pozwolić na to, by naszym obywatelom i światłym umysłom działa się ta straszna krzywda w postaci szarzenia! (Uwielbiam jak mówisz "Borze zielony" zamiast "Boże" Intruś xD)
    6. Cóż... niestety przez książkę nie za bardzo lubię Petera. Ale coś tam mi się obiło o uszy, że ktoś też nie lubi, jak jest taki nijaki, więc Ci dam linka do opka, jak znajdę. Ok? :)

    OdpowiedzUsuń