Pokazywanie postów oznaczonych etykietą petunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą petunia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 sierpnia 2016

[WP][S][NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.4/17]

Uwaga, uwaga. Publikacja następnego rozdziału najprawdopodobniej zostanie opóźniona. Co prawda nie jestem tego stuprocentowo pewna, ale mimo wszystko informuję tak na zaś. Z góry dziękuję za cierpliwość!



ROZDZIAŁ I

CZĘŚĆ IV

CYTRYNOWE DROPSY


— Położyli się do łóżka. Pani Dursley szybko zasnęła, ale pan Dursley leżał i rozmyślał o tym wszystkim. W końcu doszedł do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili jego i panią Dursley. Dobrze wiedzieli, co on i Petunia myślą o nich i o ludziach ich pokroju...

— Och tak, wiemy to aż za dobrze... — warknął James, przyrzekając sobie solennie, że gdy spotka ich ponownie, urządzi im takie przedstawienie, że się nie pozbierają.

— Nawet o tym nie myśl! — ostrzegła Lily, groźnie mrużąc oczy. James czasami żałował, że znała go na tyle dobrze, by domyślić się, co planował zrobić. Ale z drugiej strony, dzięki temu byli tak zgranym duetem, więc chyba nie powinien narzekać. Zawsze przecież mógł poprosić Syriusza o drobną przysługę. On nigdy by mu nie odmówił.

— Dobrze, już dobrze — odparł pokornie i uniósł dłonie do góry, poddając się. W myślach natomiast cieszył się, że ma takiego przyjaciela jak Black, który z chęcią wytnie numer zamiast niego. Lily oczywiście zdawała sobie z tego sprawę, jednak w tym momencie udała sama przed sobą, że wcale tego nie wie, gdyż gdzieś w środku także pragnęła utrzeć nosa swojej siostrze i jej mężowi. Dlatego lepiej by było, gdyby zajął się tym ktoś inny, by później mogła bezczelnie udawać, iż nie ma pojęcia, o co Petunia ją oskarża.

— Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to nie może dotyczyć...

Po pomieszczeniu rozniósł się zbiorowy jęk, który zagłuszył złośliwe prychnięcie Severusa oraz chichot Dumbledore’a. Minerva siedząca obok dyrektora jednak doskonale go słyszała, dlatego też bez ogródek łypnęła na niego spode łba, nie mogąc pojąć cóż takiego śmiesznego Albus widzi w tej sytuacji. Snape z kolei uznał, iż stary czarodziej jest zwyczajnie złośliwy, co niezbyt odbiegało od jego wyobrażenia Gryfonów. W końcu Minerva także potrafiła taka być, więc w sumie można by uznać tę cechę za tożsamą dla teraźniejszych i byłych uczniów domu lwa. Szkoda tylko, że nie potrafili być tak subtelni i pomysłowi jak Ślizgoni. Zaoszczędziliby mu tym nerwów i może nawet polubiłby ich... chociaż trochę.

— No naprawdę! — mruczał głośno Syriusz. — Czy mugole w ogóle nie myślą? W ten sposób tylko uczynił swoje i nasze życie gorszym!

— Swoje i nasze? Chyba raczej życie mojego syna, Syri! — syknęła Lily.

— Lily ma rację, Syriuszu. To Harry tutaj najbardziej ucierpi, a nie ty — dodał Remus, uśmiechając się do przyjaciółki.

— Wiem o tym! Ale mimo wszystko... ehh! Mógł pomyśleć coś innego! Czy mugole naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, że lepiej nie wypowiadać takich słów w myślach, bo może się to źle dla nich skończyć? — Przeczesał swoje długie, ciemne włosy, po czym przeniósł wzrok z Lupina na Lily. — Sam sprowadził na siebie nieszczęście!

— Nazywasz MOJEGO SYNA nieszczęściem!? — Głos Lily zadrżał delikatnie, co nie wróżyło niczego dobrego.

— Nie! Nie! Źle mnie zrozumiałaś! — zamachał przed sobą dłońmi w obronnym geście.

— Mnie się wydaje, Syri, że nie tylko Vernon ma problem z „rzeczami, których lepiej nie mówić, ani nie myśleć” — parsknął James, w ogóle nie zwracając uwagi na oburzenie Blacka.

— Ha! Ha! Ha! Bardzo zabawne, Jimmy! Bawi cię to? — Jego chmurny wyraz twarzy sprawił, że nawet Lily uśmiechnęła się delikatnie, zapominając o swojej złości.

— Żebyś wiedział, jak bardzo! — zaśmiał się Potter, czym sprawił, że Black ponownie tego dnia zaplótł ramiona na piersi i zapadł się w fotelu obrażony. — Heej, Łapciu. Nie denerwuj się... — Syriusz tylko popatrzył na niego wzrokiem głodnego bazyliszka.

Remus i James zaśmiali się, podczas gdy Lily próbowała opanować się na tyle, by do nich nie dołączyć. Obrażony Syriusz bywał zabawny i dość słodki. Jak mały psiak, któremu ktoś zabrał ulubioną piszczałkę.

— Jak bardzo się mylił! — niemal krzyknął Albus, nadal ubawiony naiwnością Vernona, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich słuchaczy. — Pan Dursley zapadł w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy prze­leciały mu nad głową. Nie poruszył się aż do północy — przerwał, by spojrzeć na profesor McGonagall. — Minervo, nie sądzisz, że trochę zbyt poważnie traktujesz swoje zadanie?

— Albusie, nie zadawaj proszę tak trywialnych pytań, skoro znasz na nie odpowiedź. Oboje wiemy, kto mi je zlecił, dlatego jestem pewna, iż zdajesz sobie sprawę z tego, że nigdy nie wykonałabym źle misji, którą byś mi powierzył. — Ton jej głosu wyraźnie sugerował, za jak bardzo bezcelową uważa uwagę swojego przełożonego.

— Och, nigdy w to nie wątpiłem — uśmiechnął się, starając się w ten sposób udobruchać nauczycielkę, co ta skwitowała delikatnym prychnięciem.

— Mam taką nadzieję.

Dumbledore pokręcił głową, cały czas się przy tym uśmiechając i powrócił do czytania, nie zawracając sobie już dłużej głowy słownymi żarcikami.

— Na rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi. Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły.

— Nie wiem, kim ten ktoś jest, ale już mu współczuję — szepnął konspiracyjnie James. Syriusz uśmiechnął się mimowolnie. — Profesor McGonagall najwyraźniej ma ochotę wbić w niego pazury i...

— Panie Potter! — Oburzenie Minervy tylko jeszcze bardziej rozbawiło dwóch Huncwotów. — Panie Lupin, chyba już najwyższy czas, by rzucić na tych dwóch Silencio — dodała, uśmiechając się przy tym złośliwie.

— Tak, też tak myślę — odparł rozbawiony Remus, po czym wycelował w nich różdżką.

— Hej! Nie zgadzam się! To wszystko wina Jamesa! — zakrzyknął urażony Łapa. — Remi! Przecież byłem cicho, nie rzucaj na mnie tego zaklęcia!

Mina skrzywdzonego szczeniaczka chyba podziałała na Lupina, bo przeniósł koniec różdżki na Pottera, na którego twarzy odbiło się udawane przerażenie.

— Nie, Remi! Będę już spokojny! Nie odezwę się do końca rozdziału! Obiecuję! Na Merlina, obiecuję! I niech mnie piorun strzeli, jeżeli kłamię! — bronił się, robiąc przy tym z tego taki teatr, że Lily nie wytrzymała i ryknęła śmiechem.

Remus natomiast westchnął cicho i pokonany opuścił różdżkę.

— Przepraszam, pani profesor — posłał jej przepraszający uśmiech.

— W porządku, panie Lupin. Z tymi dwoma nawet sam Merlin miałby urwanie głowy, więc proszę się nie martwić.

Lunatyk skinął głową zadowolony, a James zgodnie z obietnicą zamilkł, chociaż głupawy uśmiech wciąż nie schodził mu z ust. Przez ten wyraz twarzy irytacja Severusa niebezpiecznie rosła, dlatego profilaktycznie postanowił zignorować obecność Pottera, by nie doprowadzić do kolejnej kłótni. Przybyli tu w końcu w zupełnie innym celu, a on bynajmniej nie zamierzał być tym, przez którego nie dowiedzą się tego, czego powinni.

— Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił się na Privet Drive. Był to wysoki, chudy mężczyzna, bardzo stary, sądząc po brodzie i srebrnych włosach, które opadały mu aż do pasa. Miał na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie. Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i zakrzy­wiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przy­najmniej dwóch miejscach. Nazywał się Albus Dumble­dore. — Dyrektor zaśmiał się serdecznie, ku konsternacji Severusa, co nie uszło uwadze McGonagall. Nieco rozbawiona stwierdziła, że jeszcze minie trochę czasu, zanim Snape przyzwyczai się do dziwaczności ich wspólnego przełożonego.

— Mogłam się tego spodziewać — westchnęła, ale poza tym nic więcej nie powiedziała.

Reszta, w przeciwieństwie do Minervy, nie skomentowała zachowania starego czarodzieja, chociaż w środku uśmiechali się pobłażliwie. Dumbledore natomiast, bardziej wesoły i beztroski niż kiedykolwiek, kontynuował. Czytanie o samym sobie najwyraźniej musiało obudzić w nim fascynację z czasów dzieciństwa, bo błyszczącymi radośnie oczami wpatrywał się w tekst niczym zaczarowany.

— Albus Dumbledore zdawał się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybył na ulicę, na której to wszystko — od jego nazwiska po dziwaczne buty — było bardzo źle widziane. Och, jestem pewien, że zdawałem sobie z tego sprawę — mruknął bardziej do siebie niż do nich, lecz na tyle głośno, że każdy go usłyszał. — Z zapałem grzebał w płaszczu, najwyraźniej cze­goś szukając. Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowany, aż nagle podniósł głowę i zobaczył kota, który wciąż wpatrywał się w niego z dru­giego końca uliczki. Zacmokał i mruknął:

— Mogłem się tego spodziewać — zaśmiał się. — Ach, Minervo, jesteśmy do siebie tak podobni. — Pokręcił głową i zerknął na podwładną, oczekując jakiejś reakcji.

Kobieta jednak postanowiła tego nie komentować, co paradoksalnie jeszcze bardziej rozbawiło dyrektora. Ta słynna powaga profesor Transmutacji. Jak mógł o niej zapomnieć?

— Znalazł to, czego szukał, w wewnętrznej kieszeni płasz­cza. Wyglądało jak srebrna zapalniczka. Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem.

Syriusz słysząc to niemal zerwał się z fotela.

— Co to jest? — spytał podekscytowany, wpatrując się uważnie w Dumbledore’a.

Każdy, kto go wystarczająco dobrze znał, wiedział, że Łapa miał słabość do podobnych wynalazków, na co dowodem był jego mugolski motor, który w większości sam przerobił, czyniąc z niego magiczne i jedyne w swoim rodzaju cacko. Trochę dziwaczne upodobanie, jak na kogoś pochodzącego z rodziny czystokrwistej, jednak nie aż tak odosobnione. Artur Weasley także kochał mugolskie wynalazki, chociaż w przeciwieństwie do Syriusza nie starał się na nich eksperymentować. On je raczej kolekcjonował.

— To wygaszacz — odparł uprzejmie Dumbledore. — Niestety istnieje tylko jeden taki egzemplarz i należy do mnie.

— Sam go pan zrobił? — ciągnął dalej Syriusz, nawet nie ukrywając tego, pod jak dużym wrażeniem był.

— Tak, to moje dzieło, dlatego tym bardziej cenny. Pewnie niejeden czarodziej chciałby zdobyć coś, co stworzyłem, chociaż nie mogę być tego pewnym. — Uśmiech Albusa przeczył jednak jakiejkolwiek skromności.

Przypomniał on przy okazji wszystkim, że Dumbledore jest potężnym czarodziejem, który na dodatek doskonale zdaje sobie sprawę z tego faktu. A jakby tego było mało, paradoksalnie wydawał się jeszcze bardziej niebezpieczny, kiedy zachowywał się niczym ekscentryczny podstarzały dziadek, ponieważ skutecznie odwracał w ten sposób uwagę od tego, jakim zagrożeniem mógłby się stać. Pomimo sędziwego wieku nadal posiadał wystarczającą moc i umiejętności, by zajść za skórę temu, kto na to zasłużył. Dlaczego więc nie mógł pokonać Voldemorta? Na co czekał? Severus nie raz zadawał sobie to pytanie, jednak nigdy nie znalazł na nie wystarczająco satysfakcjonującej odpowiedzi. (BN: Ja ją znam, ja ją znam! Nie mielibyśmy o czym czytać, oglądać filmów i pisać fanfików! xD)

— Pstryknął znowu — następna latarnia mrugnęła i zgasła. Pstrykał wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi świat­łami na ulicy pozostały dwa maleńkie punkciki — oczy obserwującego go kota.

Syriusz w tym momencie przeszedł samego siebie i pokazał na migi słowo „uciekaj” w tak komiczny sposób, że James, Remus i Lily zaśmiali się. Minervie jednak nie było do śmiechu. A przynajmniej nie wtedy, kiedy wszyscy śmiali się z niej, dlatego też czym prędzej odwróciła sytuację i sprawiła, że na kanapie zamiast młodego Blacka, siedział czarny pies, któremu z satysfakcją doprawiła obrożę z imieniem i smycz. Łapa oczywiście jako animag natychmiast się odmienił. Problem zaczął się w chwili, gdy okazało się, że dodatki wcale nie zniknęły, przez co prezentował się dość dziwacznie. Syriusz Black z obrożą z własnym imieniem na szyi rzeczywiście stanowił dość niecodzienny widok.

— Wiesz co? Pasuje ci — skomentował James, po czym ryknął śmiechem.

— Tak, śmiało, śmiej się. Zobaczymy, co powiesz, gdy to ty zostaniesz przerobiony na wiszące na ścianie trofeum — odparł zgryźliwie Black, skutecznie uciszając przyjaciela.

— Nie obiecałeś czasem, że będziesz cicho do końca rozdziału, James? — spytała uprzejmie Lily, dobijając tym Pottera jeszcze bardziej.

— Czekam z utęsknieniem na ten grom, który miał cię „popieścić” — mruknął Snape prowokująco.

James, jak to James, zareagował natychmiast, posyłając mu mordercze spojrzenie, jednak nic więcej ponad to nie zrobił, najwyraźniej zamierzając pozostać cicho, tak jak zapowiedział. Mimo wszystko Lily była z niego dumna. Rzadko kiedy udawało mu się nie odszczeknąć czegoś Severusowi, więc każdą taką chwilę traktowała jako osobisty sukces. Szkolenie w końcu zaczęło przynosić jakieś efekty. (BN: No bo faceta trzeba sobie wyszkolić. Bardzo drastyczne określenie. ;) )

— Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez okno — nawet gdyby to była pani Dursley — nie byłby w stanie dostrzec, co się dzieje na ulicy. Dumbledore wsunął wygaszacz za pazuchę i ruszył w kierunku numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na niego, ale po chwili przemówił:

— Co za spotkanie, profesor McGonagall!

— Albusie, doprawdy, nawet w książce nie potrafisz darować sobie tej przesadnej i kompletnie niepotrzebnej uprzejmości — westchnęła Minerva.

— Staram się być uprzejmym dla każdego w każdej możliwej sytuacji — odparł tylko beztrosko, jakby to, co powiedział, było oczywiste, po czym zaczął czytać dalej. — Odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też miała na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w ciasny, bułeczkowaty kok. Wyglądała na bardzo wzburzoną.

— I z pewnością taka byłam — dodała, czując potrzebę uzupełnienia przedstawionej myśli.

Dumbledore, nie zwróciwszy na to większej uwagi, kontynuował:

— Skąd pan wiedział, że to ja? — zapytała.

— Ależ, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak sztywno.

Wszyscy trzej Huncwoci uśmiechnęli się, nie bacząc na konsekwencje. Lily zresztą także nie potrafiła się powstrzymać i chyba tylko jej reakcja uratowała resztę przed kolejnym pokazem zaawansowanej transmutacji w wykonaniu profesor McGonagall.

— Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło sie­dzieć na murze przez cały dzień — odpowiedziała profesor McGonagall.

— Cały dzień? I w ogóle pani nie świętowała? Idąc tutaj, musiałem wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć. — Profesor McGonagall prychnęła ze złością.

— Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomy­śleć, że powinni być trochę ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o tym w wie­czornych wiadomościach. — Wskazała podbródkiem ciem­ne okna salonu państwa Dursleyów. — Sama słyszałam. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są aż takimi głupca­mi. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.

Albus zagapił się na McGonagall, kiedy na jej twarzy wykwitł rumieniec wstydu — zjawisko tak rzadkie, że nawet Severus czuł się zaskoczony, widząc je na własne oczy. Huncwoci natomiast zwyczajnie zaniemówili, gdyż nigdy wcześniej nie widzieli podobnej reakcji u swojej opiekunki domu. To było dla nich zbyt zaskakujące.

— Nigdy nie posądziłbym cię o taką uszczypliwość, droga Minervo — skomentował w końcu Dumbledore.

— Tak samo jak ja nigdy nie posądziłabym Dedalusa o taką głupotę. Jak widzisz, wszystko jest możliwe — stwierdziła sucho profesor Transmutacji, gdy zapanowała już nad sobą.

— Hmmm... zawsze wydawał się aż nazbyt entuzjastyczny, ale to raczej dobra cecha.

Tymi słowami Albus najwyraźniej zakończył temat, ponieważ ponownie przeniósł całą swoją uwagę na czytany tekst.

— Trudno mieć do niego pretensje — stwierdził ła­godnie Dumbledore. — W końcu przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.

— Wiem — powiedziała ze złością profesor McGona­gall. — To jednak nie powód, żeby całkowicie tracić gło­wę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają pogłoski.

Spojrzała na Dumbledore’a z ukosa, jakby oczekiwała, że coś na to powie, ale milczał, więc ciągnęła dalej:

— Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w któ­rym w końcu zniknął Sam-Wiesz-Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam nadzieję, że on naprawdę zniknął, co?

— Na to wszystko wskazuje — odpowiedział Dumb­ledore. — Mamy za co być wdzięczni. Może ma pani ocho­tę na cytrynowego dropsa?

— Och, doprawdy! Albusie, czy ty nigdy się nie zmienisz? — spytała zirytowana Minerva, oburzona nagłą zmianą tematu. — Czym takim są te dropsy, że częstowanie nimi jest ważniejsze od kontynuowania rozmowy!?

— To takie cukierki mugoli o smaku cytrynowym.

— W takim razie nie są czymś na tyle ważnym, by zawracać mi nimi głowę — fuknęła zła.

— Spokojnie, Minervo. Jak mniemam, chciałem być uprzejmy.

Spojrzenie, które posłała mu kobieta, szybko zniechęciło Albusa do dalszego tłumaczenia się. Wiedział, że już przegrał i będzie później bardzo tego żałował.

— Na co?

— Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.

— Nie, dziękuję — odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby chciała podkreślić, że nie jest to odpo­wiedni moment na cytrynowe dropsy. — Jak mówię, nawet jeśli Sam-Wiesz-Kto rzeczywiście zniknął...

— Droga pani profesor, czy taka rozsądna osoba, jak pani nie mogłaby dać sobie spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłem z tym bzdurnym „Sam-Wiesz-Kto”, próbując ludzi nakłonić, by używali jego właściwego nazwiska: Voldemort. — Profesor McGonagall wzdryg­nęła się, ale Dumbledore, który akurat usiłował odkleić z rolki dwa dropsy, zdawał się tego nie zauważyć. — To wszystko staje się takie mętne, kiedy wciąż mówimy „Sam-Wiesz-Kto”. Nigdy nie widziałem powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.

Zarówno Severus jak i Minerva wzdrygnęli się, a następnie skrzywili, podczas gdy inni pokiwali głowami zgadzając się z Dumbledorem. Snape zdecydowanie nie znosił, gdy ktoś wypowiadał prawdziwe nazwisko Czarnego Pana i sam wolał tego nie robić, zupełnie jakby mogło ono sprowadzić jakieś nieszczęście. McGonagall natomiast czuła się zdecydowanie zbyt słaba magicznie i psychicznie, by bez strachu o własne życie nazywać rzeczy po imieniu. Jakkolwiek głupie by to nie było i jak bardzo nie kłóciłoby się to z jej przekonaniami, nadal nie miała na tyle odwagi, by zmienić to stare przyzwyczajenie.

— Wiem — powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z podziwem. — Ale pan to co innego. Każdy wie, że jest pan jedyną osobą, której boi się Sam-Wie... no, niech już będzie... Voldemort. — Korzystając z okazji, Albus uśmiechnął się do zdziwionej kobiety, jakby już od dawna wiedział, że prędzej czy później Minerva się przełamie.

— Pochlebia mi pani — rzekł spokojnie Dumbledore. — Voldemort ma do dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie będę miał.

— Bo pan jest... no... zbyt szlachetny, by się nimi po­sługiwać.

— Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłem się tak od czasu, kiedy pani Pomfrey powiedziała, że po­dobają się jej moje nauszniki.

Określenie reakcji zebranych jako „niedowierzanie” byłoby w tym momencie dużym niedopowiedzeniem. Oczy Syriusza wielkością dorównywały galeonom, kiedy jego myśli pognały w bardzo złym kierunku. Jamesowi na szczęście w porę udało się je powstrzymać, zanim przekroczyły granicę przyzwoitości i miał się o wiele lepiej niż Black, który już od dobrej chwili chyba miał przed oczami domniemany związek dyrektora i pielęgniarki, gdyż robił się coraz bardziej zielony na twarzy. Romans dwojga podstarzałych czarodziejów nie był tym, co chciał w swoim życiu zobaczyć chociaż raz... co innego dwóch młodych czarownic. Takim obrazkiem z pewnością by nie pogardził. Dzięki Merlinowi ta ulotna myśl pomogła mu się pozbierać i opanować mdłości, tym samym oszczędzając wszystkim nieprzyjemnego widoku.

— Profesor McGonagall rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:

— Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą. Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jego nagłego zniknięcia? O tym, co go w końcu powstrzymało?

Severus niestety wiedział. Co więcej, potrafił sobie nawet wyobrazić reakcję Lily, która tylko potęgowała to przytłaczające poczucie winy, jakie towarzyszyło mu od miesiąca. Często zastanawiał się, co by go spotkało, gdyby kiedykolwiek rudowłosa czarownica dowiedziała się o przepowiedni oraz o tym, kto przekazał ją Czarnemu Panu. Z pewnością znienawidziłaby go i zrobiłaby mu rzeczy, o których nawet nie chciał myśleć. Jednak to nie bólu tak naprawdę się obawiał, lecz tych oczu patrzących na niego jak na zdrajcę. Już raz widział to spojrzenie, kiedy powiedział jej, że zamierza przyłączyć się do Śmierciożerców i nie chciał nigdy ponownie go ujrzeć. Paradoksalnie sprawiało mu ono znacznie gorszy ból niż zaklęcie Cruciatus. Cierpienie, jakie przez nie odczuwał, mógł tylko przyrównać do chwili, w której otrzymał Mroczny Znak. Ból, jaki wtedy czuł, był niemal tak samo koszmarny.

Nigdy nie wybaczył sobie tego, co zrobił. Nie mógł. Nie zasługiwał na wybaczenie i nie oczekiwał, że Lily kiedykolwiek mu je ofiaruje. To, że siedzieli teraz w jednym pomieszczeniu, mógłby nazwać cudem, gdyby nie wiedział, że nim nie było. Lily wybrała inny świat. Miejsce, do którego on nie miał szansy należeć, ponieważ popełnił katastrofalny w skutkach błąd. Nigdy nie zmaże tej skazy. Nigdy się od tego nie uwolni. Na zawsze pozostanie mrocznym czarodziejem, byłym sługą Voldemorta oraz zgorzkniałym Mistrzem Eliksirów. Nic innego mu już nie pozostało.

~***~
W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część piąta — Dobre złego początki

wtorek, 16 sierpnia 2016

[WP][S][NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.3/17]

Uwaga FATFOBIA w rozdziale!


ROZDZIAŁ I

CZĘŚĆ III

OBRZYDLIWA TUNIA


Dumbledore tymczasem już wyraźnie zmęczony tym, że bez przerwy mu przerywano — a przynajmniej na tyle, żeby się nie złościć — westchnął jedynie cicho i chyba po raz setny tego dnia powrócił do odczytywania rozdziału.

— Kiedy wjechał na podjazd przed numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył — i wcale mu to nie popra­wiło nastroju — był bury kot, którego spostrzegł dzisiaj rano. Teraz kot siedział na murku otaczającym ich ogród. Był pewny, że to ten sam kot, bo miał takie same ciemniej­sze obwódki wokół oczu. 

— Siooo! — krzyknął pan Dursley. 

Syriusz parsknął, a potem roześmiał się głośno, dodatkowo sprowokowany przez McGonagall, która posłała mu jedno ze swoich najbardziej zabójczych spojrzeń. Niestety wizja mugola, przeganiającego profesorkę w jej kociej postaci, brutalnie zmiażdżyła autorytet kobiety, całkowicie go przy tym rozbrajając. Jakby na domiar złego wkrótce dołączył do niego ubawiony James i nawet Remus w pewnym momencie zaczął cicho parskać, nie potrafiąc wygrać wewnętrznej bitwy z własną wesołością. Dotknięta do żywego Minerva wprawdzie nic nie zrobiła, jednak jej mina sugerowała, że gdy tylko to wszystko się skończy, z przyjemnością przerobi swoich byłych wychowanków na koci żwirek do kuwety pani Noris. A przynajmniej tak jej wyraz twarzy sklasyfikował Severus, w duchu także „podśmiewując się” z kobiety, lecz według niego w bardziej wyrafinowany i dystyngowany sposób. Nieważne jakby to usprawiedliwiał, tak czy inaczej fakt pozostawał faktem — Snape bez wątpienia był w tym momencie rozbawiony, chociaż sam przed sobą starał się to definiować jako „satysfakcję”, a nie zwykłą wesołość. Nigdy w życiu bowiem by się nie przyznał, że ma jakiekolwiek poczucie humoru, o zaśmianiu się na głos już nie wspominając.

Albus także się uśmiechnął, lecz zrobił to na tyle skrycie, by nie narazić się na gniew Minervy, którego swoją drogą nie zniósłby. Nauczycielka czasem naprawdę zachowywała się tak, jak sugerowała to jej animagiczna postać, a już zwłaszcza, kiedy była na kogoś wściekła. Chwilami Dumbledore zastanawiał się nawet, kiedy rzuci się na kogoś z pazurami, zapominając o tym, iż aktualnie jest człowiekiem. Według niego znalazłaby się chociaż jedna taka sytuacja, w której była tego nader bliska.

— Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym spoj­rzeniem. Czy tak się zachowują normalne koty? Pan Durs­ley wzdrygnął się i wszedł do domu. Nadal nie zamierzał wspominać o tym wszystkim żonie. 

Śmiech Syriusza tylko się wzmógł, podczas gdy irytacja McGonagall zbliżała się niebezpiecznie do poziomu krytycznego. Severus zaczął odliczać sekundy do wybuchu, który niewątpliwie miał niedługo nadejść.

— Syriuszu! — syknęła Lily, robiąc przy tym wściekłą minę.

„Albo i nie...” — stwierdził w myślach Snape, gdy zobaczył, że była panna Evans zamierza właśnie dać Blackowi reprymendę.

— Ekhm...

Śmiech ucichł i wszyscy spojrzeli nieco zdziwieni, ale także zaciekawieni na starego dyrektora, który uśmiechał się do nich tak, jakby zobaczył całą masę przedszkolaków ubabranych tortem. Ani Minervie, ani Severusowi nie spodobał się ten wyraz twarzy. Lily doszła do wniosku, że Albus jest doprawdy szalony, skoro tak na nich patrzy, a Remus westchnął ciężko, zanim trzepnął Syriusza w ramię, by przywrócić go do porządku, gdyż nadal cicho chichotał i parskał, najwyraźniej nie mogąc przestać się śmiać. James na szczęście był bardziej ogarnięty i pohamował się kilka chwil wcześniej — na niego morderczy wzrok McGonagall nadal jeszcze działał, chociaż już nie tak skutecznie jak kiedyś.

— Dziękuję... — Po tym oświadczeniu Dumbledore przeniósł wzrok na książkę, by kontynuować. — Pani Dursley spędziła normalny, całkiem miły dzień. Podczas obiadu opowiedziała mu o problemach, jakie ma sąsiadka ze swoją córką, i o tym, że Dudley nauczył się nowego słowa („nie chcę!”).  

Zarówno James, jak i Lily w tym momencie wywrócili oczami, sygnalizując w ten sposób, co myślą o metodach wychowawczych państwa Dursley. Rudowłosa czarownica dodatkowo musiała powstrzymać się przed skomentowaniem tego na głos w jakiś nie do końca miły sposób. Odkąd tylko zaczęli czytać tę książkę, jej dotychczas pacyfistyczny stosunek do Petunii zaczął się stopniowo zmieniać, by w tym momencie osiągnąć poziom „delikatnej antypatii zakrapianej awersją”. Świadomość faktu, że prawdopodobnie to ona będzie wychowywać Harry'ego tylko potęgowała ten efekt, a także gniew i niechęć, które już wcześniej czuła w stosunku do swojej starszej siostry. Nie wiedzieć czemu miała wręcz pewność co do tego, że jej synek nie będzie mógł liczyć na żadne względy, podczas gdy Dudley wyrośnie na rozpieszczonego bachora przez to, że jego rodzice podarują mu wszystko, co tylko zechce. (BN: Mogłaby zostać wieszczką!)

— Pan Dursley starał się zachowy­wać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować Dudleya do łóżeczka, wszedł do saloniku i zdążył na koniec dziennika wieczornego.

Prychnięcie od strony Syriusza wyraźnie sugerowało, co sądził na temat domniemanej normalności Vernona, czyli bądź co bądź jej braku. Severus niechętnie zgodził się z nim w tej sprawie, najwyraźniej do spółki z Potterami nie pochwalając sposobu, w jaki Dudley Dursley był wychowywany. On jednak nie miał tak trywialnych pobudek, jak duma rodzica, czy strach o przyszłość własnego dziecka. Nie, on po prostu nie znosił niewychowanych bachorów, do których Dudley niewątpliwie się zaliczał. Minerva zresztą miała podobne zdanie.

— I ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków dono­szą o bardzo dziwnym zachowaniu krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach od samego rana. Specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. — Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. — To bardzo tajemnicza sprawa. A teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej nocy zanosi się na jakiś deszcz sów? 

— No cóż, Ted — odpowiedział facet od pogody — nie bardzo się na tym znam, ale wiem, że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie. Dzwonili do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej zaczęli ob­chodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przy­szłym tygodniu! Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało. 

— Czy to nie czasem pan Tonks? — spytał ciekawie Remus, zerkając na Dumbledore’a, który ze śmiechem potwierdził, podczas gdy McGonagall gotowała się ze złości. Kobieta najwyraźniej nie była zadowolona z tego, że dyrektor przemilczał sprawę sów i meteorytów spadających w biały dzień na oczach tak wielu mugoli.

— Albusie! Nie czas teraz na uprzejme pogawędki! — zakrzyknęła oburzona Minerva. — Sam widzisz, co się dzieje! Czarodzieje są o krok od ujawnienia, a raczej będą, jeżeli to, co jest zapisane w tej książce okaże się prawdą! I dlaczego? Ponieważ Sam-Wiesz-Kto zniknął?! Nikt nawet nie wie, czy na pewno tak się stało! Doprawdy! — sapnęła — Wątpię, aby tak potężny czarnoksiężnik mógł zwyczajnie zniknąć z powierzchni ziemi. — Zgromiła wzrokiem swojego rozmówcę, gdy tylko otworzył usta, by coś powiedzieć, skutecznie powstrzymując w ten sposób starego czarodzieja przed dodaniem czegoś od siebie. — I nie próbuj ich nawet usprawiedliwiać! Gdyby mugole się o nas dowiedzieli... o nie, nie, nie. Nie chcę nawet myśleć o tym, do czego mogłoby dojść!

— Ależ droga Minervo, naprawdę myślisz, że pochwalam takie zachowanie? — spytał delikatnie Albus nad wyraz spokojnym głosem, czym sprawił, że profesorka na chwilę zwątpiła w swe oskarżenie. — Także nie podoba mi się to, co robią czarodzieje, ale jak sama wspomniałaś, nie musi to być ani uzasadnione, ani pewne. Nadal nie wiemy, jaki wpływ na naszą rzeczywistość ma fakt odczytywania treści tej książki, więc sądzę, że póki co nie powinniśmy zbytnio przejmować się opisywaną w niej przyszłością.

Kobieta zapowietrzyła się na chwilę, hamując gniew, po czym zacisnęła usta w wąską linię i zamilkła. Tak, to, co mówił dyrektor brzmiało sensownie. Jako była posiadaczka Zmieniacza Czasu wiedziała, jakie konsekwencje może mieć ich ingerencja, ale mimo to obawiała się, że jeżeli czegoś nie zrobią, to wszystko się spełni. A ona bynajmniej wcale nie chciała nagle znaleźć się w świecie, w którym toczą niekończącą się wojnę z mugolami o dominację. Albus jednak nie obawiał się tego, a był znacznie potężniejszy i bardziej doświadczony. W swoim życiu widział tak wiele, że jakoś trudno było jej uwierzyć w to, że nie rozumiał sytuacji. Ba! Pewnie rozumiał ją znacznie lepiej niż ktokolwiek i dlatego nic nie robił. Chociaż znając Albusa, z palącym uczuciem wstydu wątpiła w ten jego spokój. Nie raz przecież bywał zdenerwowany albo zmartwiony, musiał być, mimo iż rzadko kiedy widziała go w takim stanie. Aktorstwo byłoby w tym momencie idealną odpowiedzią, jednak... czy naprawdę potrafiła uwierzyć w to, że w obliczu tak koszmarnej wizji przyszłości oszukiwałby ich? Czy byłby zdolny do czegoś takiego, nawet gdyby mogło to oznaczać ich ewentualną śmierć? Minerva znała go już dość długo i nigdy nie posądziłaby dyrektora o coś podobnego, ale... wątpliwość pozostała.

Severus natomiast nie miał takich problemów. Jako były Śmierciożerca i ślizgon z krwi i kości potrafił doszukać się kłamstwa nawet w najlepszej masce i teraz nie było inaczej. Zauważył, że pomimo zewnętrznego spokoju Dumbledore odczuwał strach. Martwił się o przyszłość zapisaną na kartach tej książki, a mimo to nie skłamał. Najwyraźniej bezgranicznie wierzył w to, co powiedział, albo przynajmniej wierzył, że istnieje taka możliwość na tyle, aby przekonać chociaż część siebie, że to prawda. Snape niestety nie mógł temu zaprzeczyć, chociaż bardzo chciałby zniszczyć tę ulotną nadzieję. Nie należał wszak do ludzi, którzy oszukiwali samych siebie tylko po to, by poczuć się lepiej. Tym razem jednak odpuścił. Wszyscy potrzebowali siły, a cóż innego mogło im ją dać, jeżeli nie nadzieja? Nie mówiąc już o tym, że Albus niewątpliwie miał rację.

Sam fakt, że ta książka pojawiła się w ich czasach, mógł zmienić przyszłość, ale niekoniecznie sam przedmiot. Jeżeli owy przyjaciel naprawdę wiedział, co robi, dając im możliwość zajrzenia do niej, musiał wcześniej zabezpieczyć księgę przed ewentualnymi zmianami, jakie zapoczątkowała. Gdyby tego nie zrobił, nie tylko Severus uznałby go za kompletnego idiotę, ale także oznaczałoby to, że ich tak zwany „przyjaciel” skazał ich na odczytywanie księgi, która zmieniałaby treść w czasie rzeczywistym, a to niewątpliwie mijałoby się z celem. I jakkolwiek Snape nie ufał do końca umiejętnościom nieznajomego, potrafił dopuścić do siebie myśl, że jednak nie mieli do czynienia z fuszerką jakiegoś niekompetentnego kretyna. Chociaż znając złośliwość losu, nie mógł do końca wykluczyć, że tak właśnie było.

— Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy... — zaczął raźnie Albus, uważnie obserwując wszystkich w pomieszczeniu. Nikt nie odważył się odezwać, ani nawet krótko zaprzeczyć, dlatego też nie zwlekając już dłużej, ponownie zagłębił się w słowa powieści. — Pan Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o Potterach... 

James wzdrygnął się i skrzywił delikatnie, po czym zerknął na swoją żonę. Czy naprawdę mogło im się coś stać? Czy mogli... zginąć? Nie... to niemożliwe. Nie chciał nawet myśleć o takiej możliwości. Może i Voldemort polował na nich i musieli się ukrywać, jednak nigdy... nawet w najśmielszych snach nie pomyślałby, że mogliby zginąć podczas próby pozbycia się go. To, że był potężny, jeszcze niczego nie przesądzało! Voldemort to taki sam czarodziej jak on, czy Syriusz, więc ma dokładnie takie same słabości. Pokonanie go z pewnością przysporzyłoby wielu trudności, ale żeby od razu mieli przypłacić to życiem? Niedorzeczność. Tyle czasu jeszcze przed nimi, tyle szczęśliwych chwil i wspomnień. Nie mogli zginąć ot tak. Byli Potterami! A przynajmniej on i Harry byli. (BN: Cóż za szowinistyczne stwierdzenie!) Co zaś tyczyło się Lily... kochał ją i ufał jej. Wiedział, że oboje razem są potężni, a do tego tak samo uparci. Nie ugięliby się pod żadnym ciężarem. Nie przegraliby, dlatego też miał pewność, że cokolwiek by się nie działo, przetrwają tę cholerną wojnę i razem z Harrym wkroczą w nową przyszłość.

— Do saloniku weszła pani Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Nie, tak nie można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo. 

— Eee... Petunio, kochanie... nie miałaś ostatnio wia­domości od swojej siostry?

Jak się spodziewał, pani Dursley spojrzała na niego wzro­kiem zdumionego bazyliszka. Zwykle udawali, że nie ma siostry. 

Lily szybko powstrzymała jakąkolwiek reakcję, kierując ostry wzrok na swojego męża, który już otworzył usta i właśnie miał się oburzyć, ale zrezygnował z tego, gdy zobaczył koniuszek różdżki wycelowany w swoją stronę. Syriusz natomiast profilaktycznie udawał, że niczego złego nie usłyszał. Tak naprawdę jednak robił to tylko dlatego, iż czuł na sobie ostry wzrok Lupina, przez który z trudem opanował wzdrygnięcie. Nie mógł przecież dać po sobie poznać, że trochę obawiał się o własną skórę. Nikt o zdrowych zmysłach bowiem nie chciałby mieć do czynienia ze wściekłym wilkołakiem, nawet jeżeli był nim zwykle miły, uprzejmy i potulny Remus Lupin. Remus, który najwyraźniej postanowił połączyć siły z Lily w celu uciszania ich, co z kolei musiało znaczyć, że mieli ich już serdecznie dosyć. A skoro tak, to lepiej ich bardziej nie denerwować.

Zgodnie z tą logiką Syriusz uśmiechnął się delikatnie, wzruszył ramionami i oparł wygodnie o oparcie fotela. Nie chciał przecież później leżeć na ziemi, jęcząc z bólu, a to właśnie by robił, gdyby wyprowadził tych dwoje z równowagi i sprowadził na siebie ich gniew.

Dumbledore tymczasem zdawał się niczego nie zauważyć, gdyż spokojnie kontynuował. Chociaż i tak każdy wiedział, że było inaczej.

— Nie — odpowiedziała ostrym tonem. — Dlaczego pytasz? 

— Dziwne rzeczy były w dzienniku — wymamrotał pan Dursley. — Sowy... spadające gwiazdy... a w mieście widziałem mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi... 

— No i co? — warknęła pani Dursley. 

Severus uśmiechnął się paskudnie. No tak, stara dobra Tunia. Tak samo pokraczna i do bólu nieczarująca jak kiedyś. Snape pokusiłby się nawet o stwierdzenie, że wcale się nie zmieniła, gdyby nie wiedział, iż z pewnością stała się jeszcze gorsza.

— Cóż, tak sobie pomyślałem... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz... jej towarzystwem.
 
McGonagall prychnęła niczym rozjuszona kotka, którą niewątpliwie była. Chyba nadal nie przebolała faktu, że dla tych mugoli jest jedynie „złym towarzystwem”, demoralizującym normalnych ludzi, co Albus skwitował jedynie cmoknięciem. Chociaż równie dobrze mógł dyskretnie uraczyć się dropsem i to stąd ta reakcja.

— Pani Dursley wessała łyk herbaty przez zaciśnięte wargi. Pan Dursley zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że słyszał nazwisko „Potter”. Uznał, że byłoby to zbyt śmiałe posu­nięcie. Zamiast tego powiedział, siląc się na obojętność: 

— Ich syn... musi być teraz w wieku Dudleya, prawda?  

— Tak przypuszczam — odpowiedziała sucho pani Dursley. 

— Tak to z pewnością Petunia. — mruknęła Lily z gorzkim uśmiechem na ustach. 

— Zaraz, jak on ma na imię? Howard, tak? 

— Harry. Obrzydliwe, pospolite imię. 

W tym momencie coś głośno chrupnęło i zwróciło uwagę wszystkich. Okazało się, że to tylko James ze złością kopnął piętą w nogę swojego fotela, siląc się na względny spokój. Lily uśmiechnęła się delikatnie z tego powodu, dumna, że udało mu się pohamować, odsuwając przy tym na bok własną złość. Im obojgu podobało się imię, jakie wybrali dla dziecka i nic, a już zwłaszcza gderanie Petunii nie sprawi, że zmienią zdanie na ten temat. Nie znaczy to jednak, że ich ono nie denerwowało, co swoją drogą było nieco upokarzające. Byli wściekli na Petunię, ale starali się powstrzymać i nie reagować na prowokację jej wyobrażenia z książki. Jakkolwiek by to nie brzmiało, cały czas dawali się podpuszczać. Dlatego też nadszedł już chyba najwyższy czas, by uświadomić sobie, że tak naprawdę Tunia znajdowała się daleko stąd, a księga wcale nie starała się ich celowo wytrącić z równowagi i zacząć ignorować każdą obelgę pod swoim adresem.

— Och, tak... — mruknął pan Dursley, a serce w nim zamarło. — Tak, zgadzam się z tobą całkowicie.

— Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominał. Kiedy pani Dursley zamknęła się w łazience, pan Dursley podkradł się do okna sypialni i zerknął na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. — W tym momencie Albus zerknął przelotnie na Minervę, która widząc to, prychnęła cicho. Najwyraźniej oboje już wiedzieli, na czyją prośbę obserwowała rodzinę Dursleyów. — Wpatrywał się w Privet Drive, jakby na coś czekał. Czyżby miał halucynacje? I czy może to mieć coś wspól­nego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało, że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniósł. 

Ktoś sarknął z niesmakiem i prawdopodobnie tym kimś był Severus, jednak Lily nie mogła być tego pewna, ponieważ od jakiegoś czasu bardziej skupiała się na własnych myślach i słuchaniu, niż na innych osobach znajdujących się w salonie. To, co do tej pory wywnioskowała, nie podobało jej się, jednak nie mogła nic z tym zrobić w tej chwili. Ale jeżeli — obiecała sobie — jeżeli dostanie kiedyś szansę, by zmienić tę chorą przyszłość, zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji.

~***~

W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część czwarta — Cytrynowe dropsy

EDIT: 07.04.2021

Muszę przyznać, że jestem sama na sobie zawiedziona, ponieważ wpadłam w pułapkę naśmiewania się z grubszych osób, jaką zastawiła na mnie JKR, mimo iż sama jestem osobą przy tuszy i powinnam wiedzieć lepiej, że to nieodpowiednie. Ale JKR jest dobra w swoich pułapkach. Dursleyowie są okropni, więc jak się z nich naśmiewamy, to myślimy, że tak można, ale to nieprawda. Nawet jak ktoś jest okropnym człowiekiem, nie powinniśmy się naśmiewać z ich wyglądu. 

Na ten moment, już nie piszę tego opowiadania, ale zastanawiałam się, czy nie usunąć tych żartów, jeżeli kiedykolwiek wrócę do pisania. Z drugiej strony nie zdziwiłabym się, gdyby rodzina Harry'ego (czytaj Lily, Syriusz i James) byli fatfobiczni, biorąc pod uwagę kulturę, w jakiej się wychowują - czytaj kulturę idealnego ciała bez skaz. Mogę, zamiast usuwać, zrobić komentarz do ich żartów używając innej postaci np. McGonagall. Już jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, jak bardzo niemiło by się poczuli, gdyby zostali ładnie zrugani przez swoją nauczycielkę, która by im tym razem wyraźnie wyjaśniła, czemu takie zachowanie jest niedopowiednie. Zwłaszcza Lily. 

Nikt nie powiedział, że "dobrzy bohaterowie" nie mogą mieć skaz, prawda?

wtorek, 2 sierpnia 2016

[WP][S][NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.1/17]


Serdeczne podziękowania dla kochanej Intro, która nie dość, że komentuje każdy rozdział na moim blogu, to jeszcze rozpoczęła wspaniałą akcję pt. „Wasze Twory” na swoim, dzięki czemu mogę zareklamować swoją historię. Forever in love!



 ROZDZIAŁ I

CZĘŚĆ I

DZIWACZNI MUGOLE


— Rozdział pierwszy. „Chłopiec, który przeżył”.

Wszyscy obecni w pomieszczeniu unieśli brwi w zdziwieniu, nie do końca rozumiejąc znaczenie tych słów. Brzmiały one dla nich niecodziennie, niepokojąco wręcz. Nie było więc nic nadzwyczajnego w tym, iż wprost nie mogli pozbyć się wrażenia, że ów słowa zapowiadają coś naprawdę strasznego – zupełnie jakby w najbliższym czasie miało wydarzyć się coś wystarczająco przerażającego, aby zasiać w ich sercach ziarnko strachu i niepewności.

— Dziwny tytuł... — sapnęła cicho Minerva ze źle skrywaną obawą w głosie.

— Tak, w istocie — zgodził się Dumbledore, nie dając po sobie poznać, że słowa w jakikolwiek sposób go poruszyły, po czym zaczął czytać. — Państwo Dursleyowie spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni, chwała Bogu.

I pewnie czytałby dalej, gdyby nie przerwało mu wściekłe fuknięcie, które zwróciło uwagę wszystkich obecnych na potomka rodu Blacków.

— Co to w ogóle za tekst? — burknął rozeźlony Syriusz. Jakiś czas temu zdążył już usłyszeć o krewnych Lily od Jamesa i bynajmniej nie darzył ich zbyt ciepłymi uczuciami, dlatego też był sobie w stanie wyobrazić, że nie wszyscy mugole są tak wspaniali, jak mówił dyrektor, starając się przy tym nie przyznawać zbytnio racji swojej matce. — Jak można być dumnym z... z... — Aż zabrakło mu słów. — Jak można być dumnym z bycia ograniczonym, przesądnym i okropnym mugolem?! I jeszcze dziękują za to Bogu, jakby bycie kimś innym było grzechem, czy czymś równie idiotycznym! Co za...

— Język, Syriuszu! — przerwała mu Lily z naganą. — Wiem, że to głupie i bezsensowne, ale mugole lubią czuć się normalni.

— Dlaczego? Co im to niby daje? — spytał Łapa, posyłając jej spojrzenie pełne oburzenia, ciekawości i niezrozumienia.

— Nie wiem. Po prostu to lubią — wzruszyła ramionami, nie chcąc już ciągnąć tego tematu.

— Może ja udzielę ci odpowiedzi, Black, skoro sam najwyraźniej nie umiesz się domyślić. — Po pomieszczeniu rozniósł się nagle cichy głos młodego Mistrza Eliksirów. — Mugole są ograniczeni — zaczął — myślą, że jeżeli nie są do czegoś zdolni, to powinni tępić osoby, które potrafią więcej niż oni. Ale nie jest to po prostu zwykła ludzka zazdrość. Oni boją się inności. Boją się tego, czego nie rozumieją, a magia jest jedną z takich rzeczy. Wiedziałbyś to, gdybyś uważał chociaż trochę na Historii Magii — zakończył naukowym i nieco sarkastycznym tonem, nieumyślnie sprowadzając na siebie współczujące spojrzenie Lily, która doskonale pamiętała, jak okropne kontakty miał Severus ze swoim mugolskim ojcem. — Nie patrz tak na mnie, Evans. Odpowiedziałem tylko temu głupiemu, niedomyślnemu kundlowi na pytanie.

— Nie przeginaj, Snape! — ostrzegł ostro Black, zrywając się ze swojego miejsca.

— Spokój! — zagrzmiała niespodziewanie wyprowadzona z równowagi profesor McGonagall, posyłając pełne nagany spojrzenie swojemu dawnemu uczniowi. — Sam niepotrzebnie zacząłeś ten temat, Syriuszu, więc teraz łaskawie pozwól nam go zakończyć i ucisz się wreszcie. Profesor Dumbledore chce kontynuować — wskazała na przyglądającego się im w skupieniu dyrektora.

Po tych słowach zrezygnowany Łapa opadł z powrotem na swoje krzesło, burcząc cicho pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Severus natomiast wewnętrznie uśmiechnął się zwycięsko, zadowolony z tego, że udało mu się utrzeć nosa nieznośnemu kundlowi.

— Ekhm... skoro już zapanowała cisza, to myślę, że możemy kontynuować. Byli ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub tajemniczym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.

Syriusz wydał z siebie ciche prychnięcie, jednak nikt nie zwrócił na niego uwagi.

— Pan Dursley był dyrektorem firmy Grunnings produkującej świdry. — Dumbledore w tym momencie przerwał na chwilę, marszcząc delikatnie brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. Wkrótce jednak najwyraźniej postanowił porzucić ten temat, ponieważ powrócił do czytania. — Był to rosły, otyły mężczyzna pozbawiony szyi, za to wyposażony w wielkie wąsy. Natomiast pani Dursley była drobną blondynką i miała szyję dwukrotnie dłuższą od normalnej, co bardzo jej pomagało w życiu, ponieważ większość dnia spędzała na podglądaniu sąsiadów.

— Jakbym widział twoją siostrę, Lily — zdumiał się James. — Czy ona czasem nie wyszła za grubego mugola, przy którym wygląda jak chodząca zapałka?

— Tak, James, wyszła i wygląda na to, że ten opis dotyczy właśnie ich — odparła rzeczowo rudowłosa kobieta. — I nie podoba mi się to — dodała ponuro, marszcząc brwi. — Czemu książka wymienia ich jako pierwszych, skoro to my jesteśmy jego prawdziwą rodziną i co Harry może mieć z nimi wspólnego? Nawet go nie widzieli — zakończyła z widocznym niezadowoleniem.

— Jestem pewien, że niedługo wszystko się wyjaśni — odrzekł dyrektor, uspokajając podopieczną. — Syn Dursleyów miał na imię Dudley, a rodzice uważali go za najwspanialszego chłopca na świecie.

— Teraz jestem już całkiem pewna, że mowa o mojej siostrze — Lily skrzywiła się lekko z powodu imienia, które Petunia nadała dziecku.

— Dursleyowie mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta. Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś dowiedział się o istnieniu Potterów.

— CO?! — oburzyli się równocześnie Syriusz i James.

— To my znaleźlibyśmy się w „sytuacji nie do zniesienia”, gdyby ktoś dowiedział się, że mamy takich głupich mugoli w rodzinie, do cholery! — zakrzyknął bojowo Potter.

— Język, panie Potter! — zasyczała rozeźlona McGonagall. — Rozumiem wasze oburzenie, ale proszę, abyście się uspokoili.

— Minerva ma rację, James — poparła kobietę Lily. — Moja siostra zawsze była negatywnie nastawione do mnie i moich zdolności. Sam przecież wiesz, jaka jest. Nigdy nie zmieni zdania na nasz temat, więc nie ma po co się awanturować. Po prostu to zignoruj.

Młodzieniec westchnął cicho, ale już się nie odezwał, siadając z powrotem na swoim krześle. Syriusz po chwili zrobił to samo, jednak z widocznym ociąganiem. Prawdopodobnie planował dodać coś jeszcze do wypowiedzi przyjaciela, lecz ostatecznie musiał zrezygnować z tego pomysłu.

— Pani Potter była siostrą pani Dursley, ale nie widziały się od wielu lat.

— Ciekawe, z czyjej winy? — mruknęła do siebie Lily.

— Prawdę mówiąc, pani Dursley udawała, że w ogóle nie ma siostry, ponieważ pani Potter i jej żałosny mąż byli ludźmi całkowicie innego rodzaju.

Po pomieszczeniu rozniosły się oburzone sapnięcia.

— Co ona ma na myśli, mówiąc „ludźmi całkowicie innego rodzaju”? — warknął Black.

— Chodzi jej o czarodziejów — odparła spokojnie rudowłosa kobieta.

— Jak widać, twoja siostra nie jest jedną z tych osób, które z czasem się zmieniają. Nadal jest tak samo żałosna, jak była w młodości — dodał swoje trzy knuty Snape.

— Wyjątkowo zgadzam się ze Snapem — zaczął z dziwną miną Potter — nie rozumiem, jak ona może udawać, że nie ma tak wspaniałej, miłej i uczynnej siostry jak ty, Lily!

— Zazdrość — odrzekła dziewczyna tonem wyraźnie kończącym temat.

— Dursleyowie wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Potterowie pojawili się na ich ulicy.

— Ja też bym się wzdrygnął, gdybym ich spotkał na ulicy — skomentował z wrednym uśmiechem Łapa. James i Remus po cichu się z nim zgodzili.

— Oczywiście wiedzieli, że Potterowie też mają synka, ale nigdy nie widzieli go na oczy i z całą pewnością nie chcieli go nigdy oglądać.

— On was też nie — mruknął James na tyle głośno, aby wszyscy go usłyszeli. Lupin i Syriusz zachichotali. Pozostali zaś, poza Severusem, tylko delikatnie się uśmiechnęli.

— Ten chłopiec był jeszcze jednym powodem, by Dursleyowie trzymali się jak najdalej od Potterów; nie życzyli sobie, by Dudley przebywał w towarzystwie takiego dziecka.

Nagły huk sprawił, że wszyscy podskoczyli na swoich miejscach. Tym razem to Lily nie zapanowała nad swoją złością, wysadzając w powietrze kredens znajdujący się tuż za nią. Oszołomiony Łapa instynktownie wyciągnął różdżkę i machnął nią krótko, bez słowa naprawiając cenną, starą porcelanę swojej znienawidzonej matki oraz bogu ducha winną szafkę, po czym zerknął niepewnie na byłą pannę Evans. Lily w odpowiedzi uśmiechnęła się jedynie przepraszająco, pomimo ogników złości wciąż tańczących w jej pięknych, zielonych oczach.

— Bardzo przepraszam — rzekła cicho, nawet nie oczekując odpowiedzi, co zaraz zasygnalizowała poprzez skinięcie głową dyrektorowi. Całkowicie nieporuszony zaistniałą sytuacją Dumbledore natomiast jak gdyby nigdy nic powrócił do czytania.

— Kiedy Dursleyowie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna się nasza opowieść, w zachmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju. Pan Dursley nucił coś pod nosem, zawiązując swój najnudniejszy krawat, a pani Dursley wyrwała się na chwilę z domu na plotki, gdy tylko udało jej się wepchnąć wrzeszczącego Dudleya do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.

Zarówno profesor McGonagall, jak i Snape skrzywili się widocznie na takie zachowanie, podczas gdy James wymruczał coś, co brzmiało jak: „nasz Harry na pewno jest lepiej wychowany niż ten wasz bachor” oraz „głupi mugole”, zupełnie nie przejmując się tym, iż może w ten sposób podpaść swojej żonie. Na szczęście Pottera jednak Lily wydawała się podzielać jego zdanie na ten temat.

— Żadne z nich nie zauważyło wielkiej, brązowej sowy, która przeleciała za oknem. — Starszy czarodziej znów na chwilę się zamyślił, jakby zastanawiając nad tym, czemu w tak pełnej mugoli dzielnicy, jaką było Privet Drive, pojawiła się sowa. Ponownie jednak nie dochodząc do żadnych konstruktywnych wniosków, porzucił temat i wrócił do czytania. — O wpół do dziewiątej pan Dursley chwycił neseser, musnął wargami policzek pani Dursley i spróbował pocałować na pożegnanie Dudleya, ale mu się to nie udało, bo Dudley miał akurat napad szału i opryskiwał ściany owsianką.

— Co za paskudny dzieciak — burknął niemiło Syriusz, starając się sobie nie wyobrażać, jak by zareagował na tego typu zachowanie.

— I kto to mówi, co Black? — odgryzł się Severus. — Przypomina ci pewnie ciebie samego z młodych lat. Tak samo niewychowany i głośny — zakończył ze wstrętnym uśmieszkiem na ustach, który zaraz się poszerzył, kiedy na twarzy Łapy odmalowała się furia.

— Zamknij mordę, Smarkerusie! — wykrzyknął, w odpowiedzi wstając i celując w niego różdżką.

— Co, Black? Prawda boli?

— Ty! — zawarczał Syriusz. — Jesteś ostatnią osobą, która powinna się czepiać mojego wychowania, Snape! Co ty możesz wiedzieć o Blackach?! Sam wychowałeś się pośród mugoli, bojąc się mugolskiego ojca!

Urażony do żywego, Severus już miał skoczyć na równe nogi i potraktować Syriusza jakąś paskudną klątwą, gdy nagle został ogłuszony przez wysoki, ostry wrzask wściekłej do granic możliwości Lily Potter.

— DOŚĆ TEGO! — zagrzmiała Lily, posyłając im tak jadowite spojrzenie zielonych oczu, że obaj poczuli się tak, jakby groziła im co najmniej Avadą. — Jeżeli natychmiast się nie uspokoicie, to rzucę na was obu Silencio, żebyście już dłużej nie przeszkadzali nam tymi swoimi dziecinnymi kłótniami! Doprawdy! — sapnęła — Pomyślałby kto, że jesteście już dorosłymi czarodziejami, a jednak nadal zachowujecie się jak dzieci! Moglibyście wreszcie odrzucić na bok swoje głupie animozje i skupić się na ważniejszych rzeczach! Nie mówiąc już o tym, że przekraczacie wszelkie granice! Żaden z was nie powinien wchodzić z butami w życie drugiego i dobrze o tym wiecie! Takie zachowanie bynajmniej nikomu nie pomoże!

Porażeni samą siłą wybuchu rudowłosej kobiety, a znacznie mniej trafnością jej słów, niemal natychmiast się uspokoili i zgodnie postanowili już więcej nie skakać sobie do gardeł, przynajmniej nie podczas czytania, w razie gdyby jednak Lily zapragnęła zastosować na nich jakąś niekoniecznie miłą klątwę.

— Proszę kontynuować, dyrektorze — dodała już nieco spokojniej, siadając na swoim miejscu.

— Dziękuję, panno Evans — uśmiechnął się delikatnie, po czym powrócił do czytania. — Nieznośny bachor — zarechotał pan Dursley, wychodząc z domu. Ciekawe, bardzo ciekawe. Czy mugole zawsze tak pobłażają swoim dzieciom? — zagadnął wesoło starzec swoich podopiecznych, podnosząc na nich wzrok. Prawdopodobnie nawet nie uświadamiał sobie, jak irytujące było jego zachowanie w tym momencie dla tych, którzy chcieli poznać dalszą treść książki.

— Nie, nie sądzę, Albusie — odrzekła cierpliwie Minerva. — To musi być jakiś wyjątek, ponieważ zwykle mugole tak nie postępują. Magiczni czy niemagiczni także cenią sobie dyscyplinę.

— Och, to jest wyjątek i to ogromny — mruknęła zniesmaczona Lily. — Moja siostra i jej mąż nie są typowymi mugolami, niezależnie od tego, za jak bardzo normalnych się uważają.

— Oni są okropni — odezwał się nagle dotąd milczący Lupin. — Nigdy wcześniej nie spotkałem mugola, który by się tak okropnie zachowywał, a w swoim życiu miałem okazję spotkać wielu mugoli o różnych charakterach.

— Witaj w moim świecie — odparła ze słabym uśmiechem ruda czarownica.

— Hmm... — mruknął jedynie z namysłem Dumbledore. — Wsiadł do samochodu i wyjechał tyłem sprzed numeru czwartego na Privet Drive. Na rogu ulicy dostrzegł pierwszą oznakę pewnej nienormalności — kota studiującego jakąś mapę.

— Magiczne zwierzę na Privet Drive? — zdziwił się na głos James.

— Dopiero po chwili do pana Dursleya dotarło to, co zobaczył, więc obrócił gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Privet Drive rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy. Co mógł sobie pomyśleć pan Dursley? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek — że musiało to być jakieś złudzenie optyczne.

— Złudzenie optyczne? — spytało naraz kilka głosów.

— Przywidzenie — odpowiedziała spokojnie Lily. — Mugole często to miewają. Czasem nawet zastanawiałam się, czy nie jest to może efekt działania jakiegoś zaklęcia.

— Zamrugał parę razy i utkwił spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w nim.

— Czy tylko ja mam wrażenie, że ten kot to profesor McGonagall? — zagadnął Remus, rozglądając się po twarzach słuchaczy, których wyraz jednoznacznie wskazywał na to, że jednak nie tylko on tak sądził. Jedynie Snape i sama zainteresowana pozostali niewzruszeni, uznając, iż są zbyt dojrzali, aby zareagować na to w jakikolwiek sposób.

— Pan Dursley skręcił na rogu ulicy i wjechał na szosę, obserwując kota w lusterku. Kot odczytywał teraz napis PRIVET DRIVE — nie, tylko wpatrywał się w tabliczkę z tym napisem, bo przecież koty nie potrafią czytać, a tym bardziej studiować map. — Przeczytawszy te słowa, Dumbledore uśmiechnął się lekko do siebie pod nosem, co nie uszło uwadze wpatrującym się w niego osobom. — Pan Dursley otrząsnął się lekko i wyrzucił kota z myśli. Kiedy zbliżał się do miasta, po głowie chodziło mu już tylko wielkie zamówienie na świdry, które miał dzisiaj otrzymać.


~***~ 
W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część druga - Zadziwiając Vernona Dursleya