wtorek, 23 sierpnia 2016

[NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.4/17]

Uwaga, uwaga. Publikacja następnego rozdziału najprawdopodobniej zostanie opóźniona. Co prawda nie jestem tego stuprocentowo pewna, ale mimo wszystko informuję tak na zaś. Z góry dziękuję za cierpliwość!



ROZDZIAŁ I

CZĘŚĆ IV

CYTRYNOWE DROPSY


Położyli się do łóżka. Pani Dursley szybko zasnęła, ale pan Dursley leżał i rozmyślał o tym wszystkim. W końcu doszedł do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili jego i panią Dursley. Dobrze wiedzieli, co on i Petunia myślą o nich i o ludziach ich pokroju...

— Och tak, wiemy to aż za dobrze... — warknął James, przyrzekając sobie solennie, że gdy spotka ich ponownie, urządzi im takie przedstawienie, że się nie pozbierają.

— Nawet o tym nie myśl! — ostrzegła Lily, groźnie mrużąc oczy. James czasami żałował, że znała go na tyle dobrze, by domyślić się, co planował zrobić. Ale z drugiej strony, dzięki temu byli tak zgranym duetem, więc chyba nie powinien narzekać. Zawsze przecież mógł poprosić Syriusza o drobną przysługę. On nigdy by mu nie odmówił.

— Dobrze, już dobrze — odparł pokornie i uniósł dłonie do góry, poddając się. W myślach natomiast cieszył się, że ma takiego przyjaciela jak Black, który z chęcią wytnie numer zamiast niego. Lily oczywiście zdawała sobie z tego sprawę, jednak w tym momencie udała sama przed sobą, że wcale tego nie wie, gdyż gdzieś w środku także pragnęła utrzeć nosa swojej siostrze i jej mężowi. Dlatego lepiej by było, gdyby zajął się tym ktoś inny, by później mogła bezczelnie udawać, iż nie ma pojęcia, o co Petunia ją oskarża.

Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to nie może dotyczyć...

Po pomieszczeniu rozniósł się zbiorowy jęk, który zagłuszył złośliwe prychnięcie Severusa oraz chichot Dumbledore’a. Minerva siedząca obok dyrektora jednak doskonale go słyszała, dlatego też bez ogródek łypnęła na niego spode łba, nie mogąc pojąć cóż takiego śmiesznego Albus widzi w tej sytuacji. Snape z kolei uznał, iż stary czarodziej jest zwyczajnie złośliwy, co niezbyt odbiegało od jego wyobrażenia Gryfonów. W końcu Minerva także potrafiła taka być, więc w sumie można by uznać tę cechę za tożsamą dla teraźniejszych i byłych uczniów domu lwa. Szkoda tylko, że nie potrafili być tak subtelni i pomysłowi jak Ślizgoni. Zaoszczędziliby mu tym nerwów i może nawet polubiłby ich... chociaż trochę.

— No naprawdę! — mruczał głośno Syriusz. — Czy mugole w ogóle nie myślą? W ten sposób tylko uczynił swoje i nasze życie gorszym!

— Swoje i nasze? Chyba raczej życie mojego syna, Syri! — syknęła Lily.

— Lily ma rację, Syriuszu. To Harry tutaj najbardziej ucierpi, a nie ty — dodał Remus, uśmiechając się do przyjaciółki.

— Wiem o tym! Ale mimo wszystko... ehh! Mógł pomyśleć coś innego! Czy mugole naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, że lepiej nie wypowiadać takich słów w myślach, bo może się to źle dla nich skończyć? — Przeczesał swoje długie, ciemne włosy, po czym przeniósł wzrok z Lupina na Lily. — Sam sprowadził na siebie nieszczęście!

— Nazywasz MOJEGO SYNA nieszczęściem!? — Głos Lily zadrżał delikatnie, co nie wróżyło niczego dobrego.

— Nie! Nie! Źle mnie zrozumiałaś! — zamachał przed sobą dłońmi w obronnym geście.

— Mnie się wydaje, Syri, że nie tylko Vernon ma problem z „rzeczami, których lepiej nie mówić, ani nie myśleć” — parsknął James, w ogóle nie zwracając uwagi na oburzenie Blacka.

— Ha! Ha! Ha! Bardzo zabawne, Jimmy! Bawi cię to? — Jego chmurny wyraz twarzy sprawił, że nawet Lily uśmiechnęła się delikatnie, zapominając o swojej złości.

— Żebyś wiedział, jak bardzo! — zaśmiał się Potter, czym sprawił, że Black ponownie tego dnia zaplótł ramiona na piersi i zapadł się w fotelu obrażony. — Heej, Łapciu. Nie denerwuj się... — Syriusz tylko popatrzył na niego wzrokiem głodnego bazyliszka.

Remus i James zaśmiali się, podczas gdy Lily próbowała opanować się na tyle, by do nich nie dołączyć. Obrażony Syriusz bywał zabawny i dość słodki. Jak mały psiak, któremu ktoś zabrał ulubioną piszczałkę.

Jak bardzo się mylił! — niemal krzyknął Albus, nadal ubawiony naiwnością Vernona, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich słuchaczy. — Pan Dursley zapadł w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy prze­leciały mu nad głową. Nie poruszył się aż do północy — przerwał, by spojrzeć na profesor McGonagall. — Minervo, nie sądzisz, że trochę zbyt poważnie traktujesz swoje zadanie?

— Albusie, nie zadawaj proszę tak trywialnych pytań, skoro znasz na nie odpowiedź. Oboje wiemy, kto mi je zlecił, dlatego jestem pewna, iż zdajesz sobie sprawę z tego, że nigdy nie wykonałabym źle misji, którą byś mi powierzył. — Ton jej głosu wyraźnie sugerował, za jak bardzo bezcelową uważa uwagę swojego przełożonego.

— Och, nigdy w to nie wątpiłem — uśmiechnął się, starając się w ten sposób udobruchać nauczycielkę, co ta skwitowała delikatnym prychnięciem.

— Mam taką nadzieję.

Dumbledore pokręcił głową, cały czas się przy tym uśmiechając i powrócił do czytania, nie zawracając sobie już dłużej głowy słownymi żarcikami.

Na rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi. Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły.

— Nie wiem, kim ten ktoś jest, ale już mu współczuję — szepnął konspiracyjnie James. Syriusz uśmiechnął się mimowolnie. — Profesor McGonagall najwyraźniej ma ochotę wbić w niego pazury i...

— Panie Potter! — Oburzenie Minervy tylko jeszcze bardziej rozbawiło dwóch Huncwotów. — Panie Lupin, chyba już najwyższy czas, by rzucić na tych dwóch Silencio — dodała, uśmiechając się przy tym złośliwie.

— Tak, też tak myślę — odparł rozbawiony Remus, po czym wycelował w nich różdżką.

— Hej! Nie zgadzam się! To wszystko wina Jamesa! — zakrzyknął urażony Łapa. — Remi! Przecież byłem cicho, nie rzucaj na mnie tego zaklęcia!

Mina skrzywdzonego szczeniaczka chyba podziałała na Lupina, bo przeniósł koniec różdżki na Pottera, na którego twarzy odbiło się udawane przerażenie.

— Nie, Remi! Będę już spokojny! Nie odezwę się do końca rozdziału! Obiecuję! Na Merlina, obiecuję! I niech mnie piorun strzeli, jeżeli kłamię! — bronił się, robiąc przy tym z tego taki teatr, że Lily nie wytrzymała i ryknęła śmiechem.

Remus natomiast westchnął cicho i pokonany opuścił różdżkę.

— Przepraszam, pani profesor — posłał jej przepraszający uśmiech.

— W porządku, panie Lupin. Z tymi dwoma nawet sam Merlin miałby urwanie głowy, więc proszę się nie martwić.

Lunatyk skinął głową zadowolony, a James zgodnie z obietnicą zamilkł, chociaż głupawy uśmiech wciąż nie schodził mu z ust. Przez ten wyraz twarzy irytacja Severusa niebezpiecznie rosła, dlatego profilaktycznie postanowił zignorować obecność Pottera, by nie doprowadzić do kolejnej kłótni. Przybyli tu w końcu w zupełnie innym celu, a on bynajmniej nie zamierzał być tym, przez którego nie dowiedzą się tego, czego powinni.

Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił się na Privet Drive. Był to wysoki, chudy mężczyzna, bardzo stary, sądząc po brodzie i srebrnych włosach, które opadały mu aż do pasa. Miał na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie. Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i zakrzy­wiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przy­najmniej dwóch miejscach. Nazywał się Albus Dumble­dore. — Dyrektor zaśmiał się serdecznie, ku konsternacji Severusa, co nie uszło uwadze McGonagall. Nieco rozbawiona stwierdziła, że jeszcze minie trochę czasu, zanim Snape przyzwyczai się do dziwaczności ich wspólnego przełożonego.

— Mogłam się tego spodziewać — westchnęła, ale poza tym nic więcej nie powiedziała.

Reszta, w przeciwieństwie do Minervy, nie skomentowała zachowania starego czarodzieja, chociaż w środku uśmiechali się pobłażliwie. Dumbledore natomiast, bardziej wesoły i beztroski niż kiedykolwiek, kontynuował. Czytanie o samym sobie najwyraźniej musiało obudzić w nim fascynację z czasów dzieciństwa, bo błyszczącymi radośnie oczami wpatrywał się w tekst niczym zaczarowany.

Albus Dumbledore zdawał się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybył na ulicę, na której to wszystko — od jego nazwiska po dziwaczne buty — było bardzo źle widziane. Och, jestem pewien, że zdawałem sobie z tego sprawę — mruknął bardziej do siebie niż do nich, lecz na tyle głośno, że każdy go usłyszał. — Z zapałem grzebał w płaszczu, najwyraźniej cze­goś szukając. Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowany, aż nagle podniósł głowę i zobaczył kota, który wciąż wpatrywał się w niego z dru­giego końca uliczki. Zacmokał i mruknął:

Mogłem się tego spodziewać — zaśmiał się. — Ach, Minervo, jesteśmy do siebie tak podobni. — Pokręcił głową i zerknął na podwładną, oczekując jakiejś reakcji.

Kobieta jednak postanowiła tego nie komentować, co paradoksalnie jeszcze bardziej rozbawiło dyrektora. Ta słynna powaga profesor Transmutacji. Jak mógł o niej zapomnieć?

Znalazł to, czego szukał, w wewnętrznej kieszeni płasz­cza. Wyglądało jak srebrna zapalniczka. Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem.

Syriusz słysząc to niemal zerwał się z fotela.

— Co to jest? — spytał podekscytowany, wpatrując się uważnie w Dumbledore’a.

Każdy, kto go wystarczająco dobrze znał, wiedział, że Łapa miał słabość do podobnych wynalazków, na co dowodem był jego mugolski motor, który w większości sam przerobił, czyniąc z niego magiczne i jedyne w swoim rodzaju cacko. Trochę dziwaczne upodobanie, jak na kogoś pochodzącego z rodziny czystokrwistej, jednak nie aż tak odosobnione. Artur Weasley także kochał mugolskie wynalazki, chociaż w przeciwieństwie do Syriusza nie starał się na nich eksperymentować. On je raczej kolekcjonował.

— To wygaszacz — odparł uprzejmie Dumbledore. — Niestety istnieje tylko jeden taki egzemplarz i należy do mnie.

— Sam go pan zrobił? — ciągnął dalej Syriusz, nawet nie ukrywając tego, pod jak dużym wrażeniem był.

— Tak, to moje dzieło, dlatego tym bardziej cenny. Pewnie niejeden czarodziej chciałby zdobyć coś, co stworzyłem, chociaż nie mogę być tego pewnym. — Uśmiech Albusa przeczył jednak jakiejkolwiek skromności.

Przypomniał on przy okazji wszystkim, że Dumbledore jest potężnym czarodziejem, który na dodatek doskonale zdaje sobie sprawę z tego faktu. A jakby tego było mało, paradoksalnie wydawał się jeszcze bardziej niebezpieczny, kiedy zachowywał się niczym ekscentryczny podstarzały dziadek, ponieważ skutecznie odwracał w ten sposób uwagę od tego, jakim zagrożeniem mógłby się stać. Pomimo sędziwego wieku nadal posiadał wystarczającą moc i umiejętności, by zajść za skórę temu, kto na to zasłużył. Dlaczego więc nie mógł pokonać Voldemorta? Na co czekał? Severus nie raz zadawał sobie to pytanie, jednak nigdy nie znalazł na nie wystarczająco satysfakcjonującej odpowiedzi. (BN: Ja ją znam, ja ją znam! Nie mielibyśmy o czym czytać, oglądać filmów i pisać fanfików! xD)

Pstryknął znowu — następna latarnia mrugnęła i zgasła. Pstrykał wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi świat­łami na ulicy pozostały dwa maleńkie punkciki — oczy obserwującego go kota.

Syriusz w tym momencie przeszedł samego siebie i pokazał na migi słowo „uciekaj” w tak komiczny sposób, że James, Remus i Lily zaśmiali się. Minervie jednak nie było do śmiechu. A przynajmniej nie wtedy, kiedy wszyscy śmiali się z niej, dlatego też czym prędzej odwróciła sytuację i sprawiła, że na kanapie zamiast młodego Blacka, siedział czarny pies, któremu z satysfakcją doprawiła obrożę z imieniem i smycz. Łapa oczywiście jako animag natychmiast się odmienił. Problem zaczął się w chwili, gdy okazało się, że dodatki wcale nie zniknęły, przez co prezentował się dość dziwacznie. Syriusz Black z obrożą z własnym imieniem na szyi rzeczywiście stanowił dość niecodzienny widok.

— Wiesz co? Pasuje ci — skomentował James, po czym ryknął śmiechem.

— Tak, śmiało, śmiej się. Zobaczymy, co powiesz, gdy to ty zostaniesz przerobiony na wiszące na ścianie trofeum — odparł zgryźliwie Black, skutecznie uciszając przyjaciela.

— Nie obiecałeś czasem, że będziesz cicho do końca rozdziału, James? — spytała uprzejmie Lily, dobijając tym Pottera jeszcze bardziej.

— Czekam z utęsknieniem na ten grom, który miał cię „popieścić” — mruknął Snape prowokująco.

James, jak to James, zareagował natychmiast, posyłając mu mordercze spojrzenie, jednak nic więcej ponad to nie zrobił, najwyraźniej zamierzając pozostać cicho, tak jak zapowiedział. Mimo wszystko Lily była z niego dumna. Rzadko kiedy udawało mu się nie odszczeknąć czegoś Severusowi, więc każdą taką chwilę traktowała jako osobisty sukces. Szkolenie w końcu zaczęło przynosić jakieś efekty. (BN: No bo faceta trzeba sobie wyszkolić. Bardzo drastyczne określenie. ;) )

Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez okno — nawet gdyby to była pani Dursley — nie byłby w stanie dostrzec, co się dzieje na ulicy. Dumbledore wsunął wygaszacz za pazuchę i ruszył w kierunku numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na niego, ale po chwili przemówił:

Co za spotkanie, profesor McGonagall!

— Albusie, doprawdy, nawet w książce nie potrafisz darować sobie tej przesadnej i kompletnie niepotrzebnej uprzejmości — westchnęła Minerva.

— Staram się być uprzejmym dla każdego w każdej możliwej sytuacji — odparł tylko beztrosko, jakby to, co powiedział, było oczywiste, po czym zaczął czytać dalej. — Odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też miała na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w ciasny, bułeczkowaty kok. Wyglądała na bardzo wzburzoną.

— I z pewnością taka byłam — dodała, czując potrzebę uzupełnienia przedstawionej myśli.

Dumbledore, nie zwróciwszy na to większej uwagi, kontynuował:

Skąd pan wiedział, że to ja? — zapytała.

Ależ, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak sztywno.

Wszyscy trzej Huncwoci uśmiechnęli się, nie bacząc na konsekwencje. Lily zresztą także nie potrafiła się powstrzymać i chyba tylko jej reakcja uratowała resztę przed kolejnym pokazem zaawansowanej transmutacji w wykonaniu profesor McGonagall.

Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło sie­dzieć na murze przez cały dzień — odpowiedziała profesor McGonagall.

Cały dzień? I w ogóle pani nie świętowała? Idąc tutaj, musiałem wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć. — Profesor McGonagall prychnęła ze złością.

Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomy­śleć, że powinni być trochę ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o tym w wie­czornych wiadomościach. — Wskazała podbródkiem ciem­ne okna salonu państwa Dursleyów. — Sama słyszałam. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są aż takimi głupca­mi. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.

Albus zagapił się na McGonagall, kiedy na jej twarzy wykwitł rumieniec wstydu — zjawisko tak rzadkie, że nawet Severus czuł się zaskoczony, widząc je na własne oczy. Huncwoci natomiast zwyczajnie zaniemówili, gdyż nigdy wcześniej nie widzieli podobnej reakcji u swojej opiekunki domu. To było dla nich zbyt zaskakujące.

— Nigdy nie posądziłbym cię o taką uszczypliwość, droga Minervo — skomentował w końcu Dumbledore.

— Tak samo jak ja nigdy nie posądziłabym Dedalusa o taką głupotę. Jak widzisz, wszystko jest możliwe — stwierdziła sucho profesor Transmutacji, gdy zapanowała już nad sobą.

— Hmmm... zawsze wydawał się aż nazbyt entuzjastyczny, ale to raczej dobra cecha.

Tymi słowami Albus najwyraźniej zakończył temat, ponieważ ponownie przeniósł całą swoją uwagę na czytany tekst.

Trudno mieć do niego pretensje — stwierdził ła­godnie Dumbledore. — W końcu przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.

Wiem — powiedziała ze złością profesor McGona­gall. — To jednak nie powód, żeby całkowicie tracić gło­wę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają pogłoski.

Spojrzała na Dumbledore’a z ukosa, jakby oczekiwała, że coś na to powie, ale milczał, więc ciągnęła dalej:

Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w któ­rym w końcu zniknął Sam-Wiesz-Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam nadzieję, że on naprawdę zniknął, co?

Na to wszystko wskazuje — odpowiedział Dumb­ledore. — Mamy za co być wdzięczni. Może ma pani ocho­tę na cytrynowego dropsa?

— Och, doprawdy! Albusie, czy ty nigdy się nie zmienisz? — spytała zirytowana Minerva, oburzona nagłą zmianą tematu. — Czym takim są te dropsy, że częstowanie nimi jest ważniejsze od kontynuowania rozmowy!?

— To takie cukierki mugoli o smaku cytrynowym.

— W takim razie nie są czymś na tyle ważnym, by zawracać mi nimi głowę — fuknęła zła.

— Spokojnie, Minervo. Jak mniemam, chciałem być uprzejmy.

Spojrzenie, które posłała mu kobieta, szybko zniechęciło Albusa do dalszego tłumaczenia się. Wiedział, że już przegrał i będzie później bardzo tego żałował.

Na co?

Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.

Nie, dziękuję — odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby chciała podkreślić, że nie jest to odpo­wiedni moment na cytrynowe dropsy. — Jak mówię, nawet jeśli Sam-Wiesz-Kto rzeczywiście zniknął...

Droga pani profesor, czy taka rozsądna osoba, jak pani nie mogłaby dać sobie spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłem z tym bzdurnym „Sam-Wiesz-Kto”, próbując ludzi nakłonić, by używali jego właściwego nazwiska: Voldemort. — Profesor McGonagall wzdryg­nęła się, ale Dumbledore, który akurat usiłował odkleić z rolki dwa dropsy, zdawał się tego nie zauważyć. — To wszystko staje się takie mętne, kiedy wciąż mówimy „Sam-Wiesz-Kto”. Nigdy nie widziałem powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.

Zarówno Severus jak i Minerva wzdrygnęli się, a następnie skrzywili, podczas gdy inni pokiwali głowami zgadzając się z Dumbledorem. Snape zdecydowanie nie znosił, gdy ktoś wypowiadał prawdziwe nazwisko Czarnego Pana i sam wolał tego nie robić, zupełnie jakby mogło ono sprowadzić jakieś nieszczęście. McGonagall natomiast czuła się zdecydowanie zbyt słaba magicznie i psychicznie, by bez strachu o własne życie nazywać rzeczy po imieniu. Jakkolwiek głupie by to nie było i jak bardzo nie kłóciłoby się to z jej przekonaniami, nadal nie miała na tyle odwagi, by zmienić to stare przyzwyczajenie.

Wiem — powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z podziwem. — Ale pan to co innego. Każdy wie, że jest pan jedyną osobą, której boi się Sam-Wie... no, niech już będzie... Voldemort. — Korzystając z okazji, Albus uśmiechnął się do zdziwionej kobiety, jakby już od dawna wiedział, że prędzej czy później Minerva się przełamie.

Pochlebia mi pani — rzekł spokojnie Dumbledore. — Voldemort ma do dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie będę miał.

Bo pan jest... no... zbyt szlachetny, by się nimi po­sługiwać.

Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłem się tak od czasu, kiedy pani Pomfrey powiedziała, że po­dobają się jej moje nauszniki.

Określenie reakcji zebranych jako „niedowierzanie” byłoby w tym momencie dużym niedopowiedzeniem. Oczy Syriusza wielkością dorównywały galeonom, kiedy jego myśli pognały w bardzo złym kierunku. Jamesowi na szczęście w porę udało się je powstrzymać, zanim przekroczyły granicę przyzwoitości i miał się o wiele lepiej niż Black, który już od dobrej chwili chyba miał przed oczami domniemany związek dyrektora i pielęgniarki, gdyż robił się coraz bardziej zielony na twarzy. Romans dwojga podstarzałych czarodziejów nie był tym, co chciał w swoim życiu zobaczyć chociaż raz... co innego dwóch młodych czarownic. Takim obrazkiem z pewnością by nie pogardził. Dzięki Merlinowi ta ulotna myśl pomogła mu się pozbierać i opanować mdłości, tym samym oszczędzając wszystkim nieprzyjemnego widoku.

Profesor McGonagall rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:

Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą. Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jego nagłego zniknięcia? O tym, co go w końcu powstrzymało?

Severus niestety wiedział. Co więcej, potrafił sobie nawet wyobrazić reakcję Lily, która tylko potęgowała to przytłaczające poczucie winy, jakie towarzyszyło mu od miesiąca. Często zastanawiał się, co by go spotkało, gdyby kiedykolwiek rudowłosa czarownica dowiedziała się o przepowiedni oraz o tym, kto przekazał ją Czarnemu Panu. Z pewnością znienawidziłaby go i zrobiłaby mu rzeczy, o których nawet nie chciał myśleć. Jednak to nie bólu tak naprawdę się obawiał, lecz tych oczu patrzących na niego jak na zdrajcę. Już raz widział to spojrzenie, kiedy powiedział jej, że zamierza przyłączyć się do Śmierciożerców i nie chciał nigdy ponownie go ujrzeć. Paradoksalnie sprawiało mu ono znacznie gorszy ból niż zaklęcie Cruciatus. Cierpienie, jakie przez nie odczuwał, mógł tylko przyrównać do chwili, w której otrzymał Mroczny Znak. Ból, jaki wtedy czuł, był niemal tak samo koszmarny.

Nigdy nie wybaczył sobie tego, co zrobił. Nie mógł. Nie zasługiwał na wybaczenie i nie oczekiwał, że Lily kiedykolwiek mu je ofiaruje. To, że siedzieli teraz w jednym pomieszczeniu, mógłby nazwać cudem, gdyby nie wiedział, że nim nie było. Lily wybrała inny świat. Miejsce, do którego on nie miał szansy należeć, ponieważ popełnił katastrofalny w skutkach błąd. Nigdy nie zmaże tej skazy. Nigdy się od tego nie uwolni. Na zawsze pozostanie mrocznym czarodziejem, byłym sługą Voldemorta oraz zgorzkniałym Mistrzem Eliksirów. Nic innego mu już nie pozostało.

~***~
W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część piąta — Dobre złego początki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz