sobota, 23 grudnia 2017

[NZ] Cambiare Tempus Futurum: Lapis Philosophorum [1.5/17]

Tak jak mówiłam. Publikacja opóźniła się... ale nie przez betę tylko przeze mnie, bo zaczęłam dodawać rozdziały także na A03, a tam nie musiałam się męczyć z koszmarnym HTML'em, który na blogerze wykrzacza wszystko i zwykle dodawanie rozdziału zajmuje mi tutaj tak ze trzy godziny. Przepraszam :(



ROZDZIAŁ I


CZĘŚĆ V

DOBRE ZŁEGO POCZĄTKI


— Wyglądało na to, że profesor McGonagall poruszyła wreszcie temat, o którym bardzo chciała podyskutować, a był to prawdziwy powód, dla którego czekała na niego na zimnym, twardym murze przez cały dzień. W każdym razie do tej chwili ani jako kot, ani jako kobieta nie utkwiła w Albusie Dumbledore tak świdrującego spojrzenia jak teraz. Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy”, nie zamierzała w to uwierzyć, póki Dumbledore nie powie jej, że to prawda. Lecz Dumbledore odkleił sobie jeszcze jednego dropsa i milczał.


— A mówią — naciskała profesor McGonagall — że zeszłej nocy Voldemort pojawił się w Dolinie Godrika. Chciał odnaleźć Potterów. Krążą pogłoski, że Lily i James Potter... że oni... nie żyją.

Powietrze momentalnie stało się chłodne niczym polarna bryza, obniżając temperaturę w pomieszczeniu o kilka stopni. Lily, nawet nie wiedząc kiedy, wstrzymała oddech, który teraz z drżeniem wypuściła. Severus z konsternacją odnotował, że bardzo starała się powstrzymać wzbierające łzy.

— A więc to prawda... — Przytłumiony głos Lily zabrzmiał w otaczającej ich ciszy nienaturalnie głośno. — U-umarliśmy... znaczy... umrzemy — poprawiła się, zanim pierwsze łzy spłynęły po jej twarzy. To było dla niej zbyt wiele.

Dotąd skamieniały James słysząc szloch, natychmiast wstał i przesiadł się na miejsce obok żony, by ją przytulić i pocieszyć.

— Liluś, skarbie. Nie wszystko jeszcze stracone. To się jeszcze nie wydarzyło — mruczał do niej uspokajającym głosem, jednak bez skutku. Lily nadal cicho płakała.

Syriusz i Remus po chwili także wstali i usiedli blisko przyjaciółki, mając nadzieję, że we trzech uda im się ją jakoś uspokoić. Jednak kiedy płacz nie ustawał, wszyscy spojrzeli z nadzieją na Dumbledore'a, a ten z kolei na Severusa, który zacisnął dłoń w bezsilnej złości na samego siebie. Czy naprawdę był aż tak bezużyteczny? Osoba, na której tak bardzo mu zależało, cierpiała, a on.. nic nie mógł na to poradzić. Dlaczego więc dyrektor patrzył akurat na niego? Wiedział przecież, chyba lepiej niż ktokolwiek inny, jak bardzo był beznadziejny w pocieszaniu. To, że komuś współczuł, jeszcze nie oznaczało, że potrafił mu pomóc!

Jakby w odpowiedzi na tę myśl, nagle uświadomił sobie, że mimo wszystko jest coś, co mógłby zrobić. Podekscytowany tym odkryciem wstał, by przeszukać kieszenie, a kiedy znalazł wreszcie to, czego szukał, podszedł do zapłakanej Lily i zmusił ją do przełknięcia lepkiego płynu.

— Eliksir Uspokajający — wyjaśnił, czując na sobie nieprzychylny wzrok Blacka i Pottera. — Nic więcej nie mogę dla niej zrobić.

Po tej deklaracji natychmiast wrócił na swoje miejsce, z daleka obserwując, jak Lily powoli się uspokaja. Wszyscy trzej Huncwoci nie zamierzali jednak tak od razu zostawić jej samej sobie i odsunęli się dopiero, gdy upewnili się, że wszystko jest już w porządku. Najbardziej z powrotem na miejsce ociągał się James, widocznie nadal zmartwiony. Lily zwykle nie reagowała w taki sposób, dlatego też nie było nic dziwnego w tym, iż czuł się, delikatnie rzecz ujmując, zaniepokojony.

— Dziękuję... — odparła Lily, po czym uśmiechnęła się delikatnie, wycierając policzki ofiarowaną przez Remusa chusteczką. — Przepraszam za to. Sama nie wiem, dlaczego tak zareagowałam.

— Och, ależ nic się nie stało — odparł łagodnie Albus. — Jestem pewien, że nie tylko panią to wstrząsnęło. Ja sam czuję się co najmniej zmartwiony tą sytuacją, więc proszę się tym nie przejmować.

— Dobrze... — Kiwnęła głową, po czym spojrzała na niego niepewnie. — Myśli pan, dyrektorze, że można temu zapobiec?

Dumbledore zmierzył ją uważnym spojrzeniem, podczas gdy inni wpatrywali się w niego w niemym oczekiwaniu.

— Myślę, że to bardziej niż możliwe — stwierdził w końcu. — Nie mam żadnych wątpliwości, co do motywów osoby, która przysłała nam tę książkę, a wręcz jestem pewien, iż zrobiła to, ponieważ pragnęła, abyśmy zmienili przyszłość i ocalili tylu, ilu zdołamy.

Ostatnie słowo bardziej niż inne przykuło uwagę Severusa, budząc jego podejrzenia. Czyżby Albus mimo wszystko obawiał się, że nie uda im się zapobiec śmierci Potterów? A może wiedział, że NIE MOŻNA jej zapobiec? Zaniepokojony własnymi przypuszczeniami popatrzył jeszcze raz na poczciwego dyrektora, szukając w jego postawie potwierdzenia, a kiedy go nie znalazł, pomyślał jedynie:

— Albusie, w co ty grasz? — Po czym zacisnął dłonie na kolanach, obiecując sobie, że znajdzie sposób. Zamierzał ocalić Lily bez względu na cenę, nawet jeżeli miałby to przypłacić własnym życiem.

— Dziękuję, dyrektorze — odparła z uśmiechem Lily. — Proszę czytać dalej. Obiecuję, że to już się więcej nie powtórzy.

Dyrektor skinął jedynie głową.


— Dumbledore pokiwał głową. Profesor McGonagall westchnęła głęboko.


— Lily i James... Nie mogę w to uwierzyć... Nie chciałam w to uwierzyć... Och, Albusie...


Dumbledore wyciągnął rękę i poklepał ją po ramieniu.


— Wiem... wiem... — pocieszał ją cicho.

Zarówno Lily jak i James uśmiechnęli się do swojej opiekunki i podziękowali jej kiwnięciem głowy, na co nauczycielka odpowiedziała tym samym, dyskretnie pozbywając się niechcianych łez z kącików oczu.

— To nie wszystko — oznajmiła profesor McGonagall roztrzęsionym głosem. — Mówią, że próbował zabić syna Potterów, Harry’ego. Ale... nie mógł. Nie był w stanie uśmiercić małego chłopczyka! Nikt nie wie dlaczego ani jak, ale mówią, że od tego momentu potęga Voldemorta jakby się załamała... i właśnie dlatego gdzieś zniknął.

— Jak to chciał zabić Harry'ego?! — zszokowany James aż wstał i popatrzył z góry na dyrektora. — Myślałem, że poluje na nas, ponieważ nie zgodziliśmy się do niego przyłączyć! Co on ma do naszego Harry'ego?! — Postąpił krok do przodu.

— Rogaczu! — Remus rzucił się, by go zatrzymać. — James, co ty chcesz zrobić?

— Nie wiem! Za dużo tu niewiadomych! — wrzasnął wściekle James, łypiąc ponad ramieniem Lupina na Dumbledore'a. — Czegoś nam nie mówisz. Powiedziałeś, że musimy się ukryć pod zaklęciem Fideliusa, ale nie powiedziałeś, dlaczego nam pomagasz. Chcę odpowiedzi! — Szamotał się jeszcze przez chwilę z wilkołakiem, lecz kiedy stało się jasne, że nie wygra z jego ponadprzeciętną siłą, poddał się.

— Darowałbyś sobie, Potter! — Tym razem to Severus wstał. — Powinieneś się cieszyć, że w ogóle masz możliwość się gdzieś schronić, zamiast wykrzykiwać głupoty! Ale czego innego mogłem się po tobie spodziewać? — uśmiechnął się złośliwie.

— Jestem wdzięczny! Po prostu coś mi tu nie pasuje... — burknął James, pozwalając, by ich spojrzenia się skrzyżowały. — Tutaj chodzi o życie i przyszłość mojego syna!

— W porządku — skapitulował Albus. — Miałem zamiar powiedzieć wam wszystko, gdy już się ukryjecie, ale biorąc pod uwagę okoliczności, mogę to zrobić wcześniej.

— Nie może pan, dyrektorze! — Snape popatrzył na niego ze zgrozą. Bał się tej chwili. Od bardzo dawna wiedział, że kiedyś nadejdzie, a mimo to, gdy wreszcie tak się stało, nie czuł się ani trochę gotowy na wyznanie swojego grzechu.

— Dyrektorze, czy naszemu synkowi grozi niebezpieczeństwo? — spytała łagodnie Lily, najwyraźniej nadal odczuwając skutki eliksiru uspokajającego. — To jego chce Voldemort?

Severus mimowolnie się wzdrygnął, po czym przeniósł pokonane spojrzenie na Dumbledore'a. Co ma być, to będzie. Zniesie wszystko, byleby już mieć to za sobą. Albus, mimo iż zdawał sobie sprawę z tego, jak wielkie znaczenie miała cała sprawa dla Mistrza Eliksirów, kiwnął głową.

— Tak, Harry jest w niebezpieczeństwie — przyznał ze smutkiem Dumbledore. — Voldemort uważa go za realne zagrożenie, dlatego też za wszelką cenę pragnie się go pozbyć.

— Ale... dlaczego? — spytał głucho James, opadając na fotel. — Harry jest jeszcze mały, ledwie skończył rok. Jak może być zagrożeniem dla kogokolwiek?

— Przepowiednia, która została wygłoszona w mojej obecności mówi, że dziecko urodzone pod koniec lipca z tych, którzy trzykrotnie oparli się Voldemortowi, będzie miało moc zdolną do pokonania go.

— Niemożliwe... — sapnęła Lily. — Nasz malutki, słodki Harry pogromcą największego czarnoksiężnika naszych czasów? To niedorzeczne.

— Niedorzeczne, ale niestety prawdziwe. Przepowiednia została wygłoszona przez potomkinię wielkiej wieszczki Cassandry, dzięki czemu mam pewność, iż jest prawdziwa. Kłopoty zaczęły się jednak w momencie, gdy próbowałem zidentyfikować dziecko z przepowiedni.

— Co się stało? Przepowiednia nie mówiła konkretnie o Harrym? — spytała Lily.

Nadzieja rudowłosej kobiety z miejsca udzieliła się także jej mężowi.

— Nie. Okazało się bowiem, że dwoje dzieci spełniało wymogi przepowiedni.

— A więc nie musi chodzić o Harry'ego? — dopytywał James. — Jest jeszcze jedno dziecko, które może mu zagrozić?

— Było tak do sierpnia tamtego roku — przyznał ze smutkiem Albus. — Do czasu, gdy pewien Śmierciożerca doniósł o przepowiedni Voldemortowi.

Syriusz od razu spojrzał na Severusa, jakby to było oczywiste, kto ich wydał, ale kiedy już miał wstać i policzyć się z tym oślizgłym gadem, został powstrzymany przez Dumbledore'a.

— Nie, nie, Syriuszu. To nie Severus — podkreślił dyrektor, odpowiadając uśmiechem na niedowierzające spojrzenie, które posłał mu ślizgon. — Severus został moim szpiegiem jeszcze przed wygłoszeniem przepowiedni i to on doniósł mi o tym, kogo Voldemort zidentyfikował jako zagrożenie dla siebie — skłamał gładko, czym zaskarbił sobie dozgonną wdzięczność Severusa. Wsparcie ze strony Albusa było właśnie tym, czego potrzebował, by wziąć się w garść.

Snape uspokoił się niemal od razu, dzięki czemu mógł bardziej skupić się na tym, co mówił Black.

— I ja mam niby uwierzyć, że to nie on doniósł o wszystkim? To Ślizgon! Oni wszyscy bez wyjątku mu służą! Sam pan widział, co się działo, gdy jeszcze byliśmy w szkole! Wielu czarodziejów otwarcie deklarowało swoje poparcie dla Voldemorta i jego Śmierciożerców, a Snape był jednym z nich! — Nie odpuszczał Black.

— Tak, BYŁ jednym z nich, jednak kiedy zorientował się, kim tak naprawdę jest Voldemort i do czego dąży, natychmiast przeszedł na naszą stronę. — Dumbledore uniósł dłoń, uciszając tym samym protest Syriusza. — Także na początku byłem sceptyczny, ale gdy Severus powiedział mi, że Voldemort uznał, iż to Harry Potter jest dzieckiem z przepowiedni i zadeklarował się go pozbyć, zanim zacznie stanowić jakiekolwiek zagrożenie, natychmiast zyskał moje pełne zaufanie.

— A więc to dlatego on tutaj jest! — odgadł Syriusz. — Zabrał go pan ze sobą, ponieważ mu pan zaufał i uznał, że nic złego się z tego powodu nie stanie, jednak to tylko pana zdanie! Snape troszczy się tylko o własną skórę, jak każdy Ślizgon! Nie można mu ufać! — krzyczał dalej Syriusz. — Szanuję pana, dyrektorze, ale nie znaczy to, że uwierzę w jego niewinność tylko na podstawie pana opinii!

— Skoro cię to tak bardzo oburza, Black, to wiedz, że złożyłem Wieczystą Przysięgę na dowód swojej lojalności, a także zeznawałem pod wpływem Veritaserum — wciął się Severus, mając już dosyć słuchania jazgotu tego zapchlonego kundla.

— Veritaserum można oszukać... — oponował dalej Łapa, już znacznie mniej entuzjastycznie.

— Ale Wieczystej Przysięgi nie — uzupełnił z satysfakcją Snape.

Wiedział, że na ten argument Black nie znajdzie odpowiedzi, nawet jeżeli posiadłby wiedzę tajemną. W istocie, ku uciesze Severusa, pokonany Syriusz po kilku minutach milczenia klapnął na fotel z niezadowoloną miną. Przegrana z tym małym obślizgłym gnojkiem, jak zwykł go nazywać, musiała mocno zranić jego dumę, gdyż ponownie zamilkł. Syriusz sam przed sobą musiał przyznać, iż tym razem to Snape wygrał bitwę.

— Kim jest ten drugi chłopiec? — zapytała Lily, jakby udając, że wymiana zdań sprzed chwili w ogóle nie nastąpiła.

— To Neville Longbottom.

— Rozumiem... — odparła, kiwając głową, jakby właśnie otrzymała najważniejszy element układanki.

— A ja nie. O co chodzi? — zaciekawił się James.

— Alicja i Frank są świetnymi czarodziejami, ale oboje są czystokrwiści — zaczęła rzeczowym tonem Lily. — Voldemort prędzej posądziłby dziecko półkrwi o to, że chce go zniszczyć, niż jakieś inne, nawet jeżeli Neville już od dnia narodzin wykazywałby się niesamowitą aktywnością magiczną.

— Ciekawa hipoteza — przyznał Dumbledore i na chwilę zamyślił się nad nią. — Chociaż sądzę, że tutaj równie wielką rolę odgrywało nazwisko, lecz to tylko moje skromne zdanie.

— Potterowie nie są w niczym lepsi od Longbottomów — stwierdziła obronnie Lily.

— Oczywiście, że nie, ale Voldemort może mieć nieco inne zdanie na ten temat.

— Pan go rozumie? Rozumie pan jego sposób myślenia? — dziwiła się rudowłosa kobieta.

— Raczej domyślam się, niż naprawdę rozumiem — zaśmiał się serdecznie. — No, skoro już wyjaśniliśmy tę sprawę, to może powrócimy do czytania? Rozdział jeszcze się nie skończył.

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, uznając temat za zakończony. Nikt z nich nie mógł oczywiście wiedzieć, jak wielką ulgę przyniosło to Severusowi.

Z natury Snape był paranoikiem, dlatego też spodziewał się czegoś znacznie gorszego. Zbiorowego linczu chociażby, wydania dementorom, czy nawet okrutniejszych rzeczy. Gdyby mógł, najpewniej sam by siebie w ten sposób ukarał, więc naturalnie nie oczekiwał niczego innego ze strony osób, które miały do tego pełne prawo. A mimo to został zaskoczony. Dumbledore skłamał dla jego dobra, ochronił go, chociaż mógł go zdradzić i właśnie dlatego Severus czuł gdzieś pod skórą, iż niezamierzenie zaciągnął u niego ogromny dług, którego spłacenie zajmie mu co najmniej kilkanaście lat. Jednak w tej chwili, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znajdował, nie miało to dla niego większego znaczenia.

— Dumbledore pokiwał ponuro głową.


— A więc to... to prawda? — wyjąkała profesor McGonagall. — Po tym wszystkim, co zrobił... Tylu ludzi pozabijał... i nie mógł zabić małego dziecka? To wprost zdumiewające... Tyle się robiło, żeby go powstrzymać, aż tu nagle... Ale... na miłość boską, jak temu Harry’emu udało się przeżyć?


— Pozostaje nam tylko zgadywać — powiedział Dumbledore. — Może nigdy się nie dowiemy.


Profesor McGonagall wyciągnęła koronkową chusteczkę i zaczęła sobie osuszać oczy pod okularami. Dumbledore wyjął z kieszeni złoty zegarek, przyjrzał mu się i mocno pociągnął nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanaście wskazówek, a nie miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy krążyły maleńkie planety. Dumbledore musiał jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do kieszeni i rzekł:


— Hagrid się spóźnia. Nawiasem mówiąc, to chyba on ci powiedział, że tutaj będę, tak?


— Tak — przyznała profesor McGonagall. — A możesz mi powiedzieć, dlaczego znalazłeś się akurat tutaj?


— To proste. Chcę zainstalować Harry’ego u jego ciotki i wuja. To jedyna rodzina, jaka mu pozostała.

— Chwila! — wciął się Syriusz. — To nie prawda, że ci mugole są jedyną rodziną Harry'ego! Dlaczego nie mógł go pan oddać pod opiekę moją lub Remusa?

James także pragnąc poznać odpowiedź na to konkretne pytanie, uważnie wpatrzył się w Dumbledore'a.

— Sądzę, że gdyby była taka możliwość, nie rozważałbym nawet umieszczenia Harry'ego w domu państwa Dursleyów — odparł dyplomatycznie Albus.

— Więc co? My także umrzemy? Harry straci wszystkich ludzi, którzy się o niego troszczą z powodu jakiejś głupiej przepowiedni?!

— Tego nie możemy być pewni...

— Dyrektor ma rację, panie Black — poparła przełożonego Minerva. — Mógłby pan wziąć pod uwagę fakt, iż nie skończyliśmy nawet odczytywać pierwszego rozdziału, przez co trudno mówić, iż cokolwiek, co sami wywnioskujemy, mogłoby w istocie okazać się prawdą. Tego, czy jest pan martwy, czy nie, dowiemy się prawdopodobnie dopiero, gdy dojdziemy do końca.

Po tych słowach przeniosła wzrok na dyrektora, chcąc dać mu w ten sposób do zrozumienia, by czytał dalej.

— Ależ, Dumbledore... przecież nie możesz mieć na myśli ludzi, którzy mieszkają tutaj! — zawołała profesor McGonagall, zrywając się na równe nogi i wskazując na numer czwarty. — Dumbledore... przecież to niemożliwe. Obserwowałam ich przez cały dzień. Trudno o dwoje ludzi, którzy tak by się od nas różnili. I mają syna... sama widziałam, jak kopał matkę na ulicy, wrzeszcząc, żeby mu kupiła cukierki. I Harry Potter miałby tutaj zamieszkać?

— Dziękuję, pani profesor.

— Och, nie ma za co — odparła zmieszania kobieta, starając się ukryć niepewność, którą wywołało w niej zachowanie dawnej podopiecznej.

— Ależ jest za co. Cieszę się, że chociaż pani próbowała powstrzymać dyrektora przed umieszczeniem mojego synka w tym domu. Jestem naprawdę wdzięczna. — Lily uśmiechnęła się szczerze do Minervy, na co pani profesor zareagowała sztywnym skinięciem głowy, które miało oznaczać, że przyjęła podziękowanie.

— Tu mu będzie najlepiej — oświadczył stanowczo Dumbledore. — Jego ciotka i wuj będą mogli mu wszystko wytłumaczyć, kiedy trochę podrośnie. Napisałem do nich list.

Gdyby wzrok czarodziejów mógł zabijać, niczym ten należący do bazyliszka, Albus Dumbledore leżałby już martwy na środku salonu, uśmiercony połączoną mocą trzech gorgon: Minervy, Lily i Jamesa. Ich zmrużone groźnie oczy wyrażały mniejszą lub większą wściekłość, w zależności od osoby, od matki dziecka poczynając a na pani profesor skończywszy. Severus nie miał najmniejszych wątpliwości, co do tego, iż żadnemu z nich nie spodobał się pomysł, by wyjawiać dziecku prawdę poprzez list zaadresowany do jego krewnych. Syriusz i Remus zresztą także byli tego niemniej świadomi, w przeciwieństwie do samego Albusa, który nie widząc w tym problemu, patrzył na nich z uprzejmym zdumieniem na twarzy. To z kolei tylko podsyciło gniew Potterów.

— Moja siostra i jej mąż powinni być ostatnimi osobami, którym ktoś tak inteligentny jak pan mógłby powierzyć tak ważne zadanie, jak uświadomienie mojego dziecka, iż jest czarodziejem! — wrzasnęła dziko Lily, zrywając się na równe nogi. — Petunia nienawidzi magii! Tak samo jak jej mąż! Nie dość, że będą musieli go wychowywać, to jeszcze zrobią to w najgorszy możliwy sposób, cały czas poniżając i gardząc nim! — krzyczała dalej, chodząc przed oddzielającym ją od dyrektora niskim stoliczkiem. — Aż nie mogę uwierzyć, że mógłby pan być do tego stopnia nierozważny, by pozostawić uświadomienie mojego syna właśnie w ich gestii! Skoro już chciał pan zawrzeć to wszystko w liście, powinien pan sam mu go doręczyć, aby mieć pewność, że w ogóle dowie się, kim jest, zanim moja siostra wmówi mu nie wiadomo co!

Intensywnie zielone oczy Lily ciskały w tym momencie tak potężnymi gromami w Dumbledore'a, że już od dobrych kilkunastu minut powinien wić się z bólu na wyczarowanym przez siebie miękkim czerwonym fotelu w złote kropki. Powinien, bo jak na złość nic takiego się nie stało, mimo iż powietrze wokół zebranych niemal iskrzyło od magii, jaką uwolniła z siebie kobieta.

— Pani Potter ma rację, Albusie — skwitowała sucho Minerva. — Ci mugole byli i są okropni, a z czasem będą jeszcze gorsi, jeżeli weźmiemy pod uwagę incydenty z przypadkową magią chłopca oraz zdanie państwa Dursley na temat wszystkiego, co nienaturalne — kontynuowała surowym tonem, w ogóle nie przejmując się tym, iż mówi nie dość, że do własnego przełożonego, to jeszcze do jednego z najpotężniejszych czarodziejów tamtych czasów. — Określenie „brak zaufania” byłoby w tym momencie dużym niedopowiedzeniem, dyrektorze. Ci mugole zwyczajnie nie nadają się na odpowiednich opiekunów dla dziecka czarodziejów i śmiem twierdzić, że doskonale o tym wiesz.

— Żeby tylko! — sapnęła nadal wściekła Lily. — Petunia zrobiłaby wszystko, byleby tylko Harry nie dowiedział się, że jest czarodziejem! Znam ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, do czego się posunie, kiedy przyjdzie do niego list z Hogwartu, Dumbledore!

— Jeżeli myślisz, że pozwolę na to, aby mojemu synowi odmawiano wszystkiego w domu, w którym nie doczeka się ani grama miłości, to grubo się mylisz — warknął Rogacz, rozeźlony nie na żarty. — Harry to wesoły dzieciak. Nie pozwolę, aby cokolwiek na świecie zdmuchnęło ten radosny uśmiech z jego twarzy!

Albus tymczasem, nie mając szansy na jakąkolwiek obronę, westchnął jedynie ciężko i postanowił poczekać, aż jego trzej oprawcy, bombardujący go oskarżeniami, wreszcie się uspokoją. Dopiero, kiedy stało się jasne, iż nic już więcej nie zostanie powiedziane, dyrektor odezwał się, miał nadzieję, ugodowym tonem.

— Proszę was, moi drodzy, o nie traktowanie mnie źle z powodu decyzji, których jeszcze nie podjąłem.

— Wystarczy mi samo to, że może pan je podjąć! — fuknęła Lily nadal zła, ale już na tyle spokojna, by powrócić do używania formy „pan” względem Albusa, o czym wcześniej w furii zapomniała, całkowicie skupiając się na wrzeszczeniu.

— Tak, to prawda, ale obdarzcie mnie chociaż odrobiną zaufania. Jestem pewien, że sam doskonale potrafię wyciągnąć wnioski z własnych błędów i bez waszej pomocy. — Ostatnie zdanie podkreślił ostro, tym samym sprawiając, że zarówno Potterowie, jak i Minerva, wzdrygnęli się. Albus potrafił być przerażający, kiedy naprawdę chciał, zauważył Severus, dziwiąc się sile, jaką starszy czarodziej zawarł w swoich słowach. — Zamierzam to zrobić, uważnie analizując własne zachowanie, więc proszę o nieprzeszkadzanie mi.

— Dobrze... — westchnęła zawstydzona Lily, z powrotem zajmując swój fotel.

— List? — powtórzyła profesor McGonagall, siadając z powrotem na murku. — Dumbledore, czy naprawdę sądzisz, że zdołasz im wszystko wyjaśnić w liście? Przecież ci mugole nigdy go nie zrozumieją! Będzie sławny... stanie się legendą... wcale bym się nie zdziwiła, gdyby odtąd ten dzień nazywano Dniem Harry’ego Pottera... będą o nim pisać książki... każde dziecko będzie znało jego imię!

— Święta racja — powiedział Dumbledore, spoglądając na nią z powagą ponad połówkami swoich szkieł. — Dość, by zawróciło w głowie każdemu chłopcu. Słynny, zanim nauczy się chodzić i mówić! Słynny z czegoś, czego nawet nie pamięta! Nie rozumiesz, że będzie lepiej, jak najpierw trochę podrośnie, a dopiero później dowie się o tym wszystkim?

— To i tak nie usprawiedliwia zamykania go z chorymi mugolami... — mruknął do siebie rozeźlony Syriusz. Jemu bowiem także się to nie podobało, ale mimo wszystko starał się brać przykład z Remusa, który niezależnie od swojej wilczej natury, potrafił zachować spokój w nawet najbardziej ekstremalnych warunkach. A skoro on mógł, to Syriusz Black przecież też, prawda?

~***~

W następnym odcinku:
Rozdział pierwszy część szósta — Pewnego zimowego wieczora

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz